Strony
11/23/2020
„Before the moon goes down”
10/31/2020
31. Trzecie oko
To był pierwszy raz, kiedy
przyjrzała mu się tak dokładnie. Na krótką chwilę (A może całą wieczność…? Czy
czas w tym świecie w ogóle wchodził w grę?) cienie, szepty i wątpliwości
zeszły na dalszy plan. Cecylia stała jak sparaliżowana, rozszerzonymi oczyma
spoglądając na zakapturzoną istotę.
Nie miało
znaczenia to, jak wyglądał. Prawie. Nie była zainteresowana rysami twarzy, bo i tak
ledwo widziała je przez cień, który rzucał zaciągnięty na głowę kaptur. Na
pierwszy rzut oka nie różnił się niczym od innych istot, które krążyły w pobliżu,
wydając się ją otaczać. Co prawda od samego początku miał w sobie coś
wystarczająco specyficznego, by wiedziała, że ma do czynienia właśnie z nim,
ale mimo wszystko…
To, co
zobaczyła, nie było piękne. Nie spodziewała się, że będzie, raz po raz
powtarzając sobie, że jeśli do tego dojdzie, będzie miała do czynienia z iluzją.
Poddanie się ujmującym obrazom byłoby jednym z największych błędów, jakie
mogłaby popełnić, Cecylia jednak żyła zbyt długo, by pozwolić sobie na coś
takiego. Ktoś, kto przez całe życie pałał się magią, rozumiał ten świat
wystarczająco, żeby przetrwać naprawdę wiele.
Tak
przynajmniej sądziła do momentu, w którym poczuła na sobie przenikliwe
spojrzenie nieludzkich, przenikających ją na wskroś oczu.
Wszystkich
trzech, choć tak naprawdę interesowało ją tylko jedno.
Serce
podeszło jej do gardła, kiedy spojrzała na majaczący powyżej pary oczu punkt.
Trzecie oko zawsze interpretowała jako przenośnię – wyraz niezwykłej
inteligencji i coś, co posiadało wielu, choć tylko nieliczni potrafili korzystać
z tego daru. Maggie i Cecylia były tego dobrym przykładem, bo jak
lepiej miałaby opisać zdolności, którymi dysponowały? Widziały więcej, ale…
W tamtej
chwili wszystko to, w co wierzyła, przestało mieć znaczenie.
Spojrzenie
trójokiej istoty wydawało się przenikać kobietę na wskroś. Nigdy wcześniej nie
spotkała się z czymś tak intensywnym, niepokojącym i…
– Nie
odpowiedziałaś mi na pytanie – oznajmił jak gdyby nigdy nic. Głos zabrzmiał
spokojnie i beztrosko, przez co wydał się Cecylii jeszcze bardziej
groteskowy. Zupełnie jakby dyskutowali na jakiś neutralny temat przy filiżance herbaty.
– Czy przeznaczenie można zmienić?
Tym razem ujął
sprawę inaczej, ale nie miała odwagi zwrócić mu uwagi. Po prostu stała,
niezdolna wykrztusić z siebie chociażby słowa.
Oczami
wyobraźni widziała jak się uśmiechnął.
– Tak
naprawdę nie zrobiłem niczego złego. Dałem Veronice lekcje i chyba ją zrozumiała…
Albo miała szczęście, skoro w końcu znalazł się ktoś, kto postanowił ją
uwolnić. – Demon zamilkł, wydając się nad czymś intensywnie zastanawiać. – Na
twoje życzenie przerwałem pętlę, w której trwały przez tyle czasu. Mamy
Maggie, mamy Lenę… Tak chcesz je nazywać, prawda?
Wciąż
trwała w ciszy. Przez moment miała ochotę zakryć uszy, by ostatecznie
zakończyć temat. Nic z tego, co mówił, nie miało znaczenia, a przynajmniej
w to próbowała uwierzyć.
Postać
poruszyła się. Para przypominających dwa rozżarzone węgliki oczu zniknęła, ale
trzecie pozostało obecne i szeroko otwarte. Wciąż wpatrywało się wprost w Cecylię.
– To takie
szlachetne… Bezwarunkowa miłość i tak dalej. – Mężczyzna parsknął
pozbawionym wesołości śmiechem. – Nie przejmuj się, nie oszukam cię. Zawsze
wywiązuję się z obietnic.
Dlaczego
mam wrażenie, że jak zawsze istnieje jakieś „ale”…?, pomyślała w oszołomieniu.
Wciąż milczała, dobrze wiedząc, jakiej odpowiedzi mogłaby spodziewać się na to
pytanie. Nie chciała jej słyszeć.
Ale on
wiedział.
– Zrobiłem
czego chciałaś w zamian za to, że już zawsze będziesz trwała w wiecznej
nocy. Jak wspomniałem, to bardzo szlachetne – powtórzył, bez jakiegokolwiek
ostrzeżenia zwracając się do Cecylii plecami. Odetchnęła, kiedy trzecie oko w końcu
przestało na nią patrzeć. – Reszta zależy od nich… Ale widzisz, niektóre rzeczy
po prostu się dzieją. A przeznaczenie bywa kapryśne.
Wraz z tymi
słowami zniknął. Rozpłynął się w powietrzu, zostawiając oszołomioną
kobietę samą.
Stała w ciemnościach,
otoczona innymi cieniami – tymi, którzy z różnych powodów dzielili jej
los. Przez chwilę nie miała pewności jak interpretować te słowa, zdolna co
najwyżej spoglądać w pustkę przed sobą.
Spojrzała w niebo
– czarne, pozbawione gwiazd i księżyca.
W tamtej chwili wolała się nie zastanawiać, co się stanie, gdy po nowiu znów nadejdzie pierwsza kwadra.
Aj, aj… Wiele poszło nie tak z tym wyzwaniem. Wpisy w końcu się pojawiły, mocno opóźnione, ale cieszę się, że udało mi się dokończyć całość. Efekt jest jaki jest, jego ocenę pozostawiam Wam.
Chciałam stworzyć coś innego, co nie sprowadzałoby się do niepowiązanych ze sobą drabbli. Nadal nie umiem w krótką formę, co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Niemniej jestem zadowolona – pisanie krótkich postów po 600/700 słów to dziwne doświadczenie, dla mnie swego rodzaju wyzwanie. No ale udało się!
Przy tej serii zaryzykowałam próbę stworzenia… opowiadania. Całkowicie spontanicznego, zależnego od przypadkowych słów i na tyle spójnego, na ile było to możliwe. Mamy szaleństwo, trochę horroru, motyw pętli i reinkarnacji – czyli wszystko czego (tak sądzę) można się po mnie spodziewać. =P Mam wrażenie, że gdybym poświęciła temu więcej czasu, miejsca i cierpliwości, wyszedłby z tego kawał dobrej historii, ale wtedy cały eksperyment mijałby się z celem.
Tak więc zostawiam Was z tym. I dziękuję wszystkim, którzy dotarli do tego miejsca. Jak zawsze jestem wdzięczna za obecność. :)
10/30/2020
30. Kult
Szepty były kojące i niepokojące
zarazem. Postacie kłębiły się przy sobie, jedna przy drugiej, wszystkie odziane
w długie do ziemi peleryny. Przypominali cienie, ciasno stłoczone w bliżej
nieokreślonym, zaciemnionym pomieszczeniu.
Ona była
jednym z nich. Stała spokojnie, z założonymi rękoma. Nie czuła
strachu, a jedynie ulgę, mieszającą się z wciąż dającym jej się we
znaki smutkiem, wciąż jednak nie potrafiła żałować podjętej decyzji.
Wkroczenie w ten
świat przyszło jej z łatwością. Trwanie pośród zakapturzonych postaci
okazało się równie proste, co i spacer w letni dzień.
– Nie
żałujesz, Cecylio?
Uśmiechnęła
się pod nosem. Wzruszyła ramionami, po czym jakby od niechcenia obejrzała się na
stojącą tuż za nią postać.
– Ani trochę.
Wbrew
wszystkiemu nie skłamała. Dla swojej małej Maggie mogłaby zrobić nawet więcej. Jak
długo miała gwarancję, że pakt, który zawarła, będzie egzekwowany, nie zamierzała
narzekać. To, co czuła, pozostawało wyłącznie echem ludzkich słabostek, które
chcąc nie chcąc musiała znosić.
Pomruk za
plecami jasno dał kobiecie do zrozumienia, że taka odpowiedź niekoniecznie
satysfakcjonowała jej rozmówcę. Oczywiście, że tak było. Mogła przewidzieć, że
spodziewał się czegoś innego; choćby cienia żalu, którym mógłby się napawać.
Była pewna, że cierpienie Veroniki i Julii przez długie lata sprawiało mu
przyjemność.
Wiedziała o tym
od chwili, w której pojęła, co spotkało te dwie dusze. Zrozumiała już w chwili,
gdy kładła karty dla Julii – wówczas młodziutkiej i przerażonej
pochłaniającej ją obłędem. Sęk w tym, że wtedy nie była w stanie
niczego zrobić. Walczyła z siłami, które przerastały ją pod każdym
względem.
I wciąż tak
było, ale tym razem do tego wszystkie dochodził czynnik, który dodawał Cecylii
siły: bezwarunkowa miłość.
Kochała
Maggie. Wiedziała, że Veronika zrozumiała lekcję, całą sobą żałując
popełnionych grzechów. To wystarczyło, żeby podjąć decyzję.
– Ludzie są
tacy dziwni… I to nawet ci, którzy wiedzą jak działa ten świat – podjęła postać
za jej plecami. – Niewielu chciałoby się ze mną układać, dysponując tą wiedzą.
– Jestem
tego świadoma – odparła oschle.
– Wiesz, że
mogłabyś poprosić o coś innego? Pomyśl tylko o sobie.
Cecylia uśmiechnęła
się w pozbawiony wesołości sposób.
–
Wystarczy, że Veronika to zrobiła. Powielanie cudzych błędów byłoby głupotą,
czyż nie? – zauważyła przytomnie.
– Powielasz
je właśnie teraz, układając się ze mną.
– Po co
drążymy ten temat, skoro już podjęłam decyzję?
Nie doczekała
się odpowiedzi. Przynajmniej nie takiej, której mogłaby się spodziewać. W chwili,
w której znów usłyszała jego głos, nie miała wątpliwości, że nie zwracał się
do niej – nie bezpośrednio.
– Ludzie są
zadziwiający – stwierdził w zamyśleniu. – Kult rodziny, kult rzekomo
słusznych wartości… To sobie powtarzacie, a potem i tak ściągacie na
siebie nieszczęście. Ja nawet nie muszę się wysilać.
Kobieta
zacisnęła usta. W żaden sposób nie skomentowała tych słów, choć nade
wszystko pragnęła oznajmić, że były fałszywe. Chciała udowodnić, że się mylił,
ale mimo najszczerszych chęci nie potrafiła. Oczywiście, istniały wyjątki, ale…
pod wieloma względami ludzie byli dokładnie tacy, za jakich ich postrzegano.
Wyraźniej
niż wcześniej czuła, że trwa w ciemnościach. Zgodziła się na to, bo nie
miała wyboru, wciąż wierząc, że postąpiła w najrozsądniejszy z możliwych
sposobów. Ta wiara pozwalała jej zachować zdrowy rozsądek, zwłaszcza teraz, gdy
przyszło jej trwać pośród potępionych.
Tak było lepiej.
Jeśli w ten sposób mogła w końcu zapewnić spokój udręczonym duszom,
nie zamierzała oponować.
– Ale… zdajesz sobie sprawę, że przeznaczenie
można zakłócić, ale nie zmienić, czyż nie?
Niepokój
nasilił się. Cecylia drgnęła, choć nade wszystko pragnęła pozostać nieruchomo.
Robiła wszystko, byleby nie okazywać słabości.
Mogła
przewidzieć, że prędzej czy później zacznie ją prowokować. Z tego słynął, tego
spodziewała się po nim od samego początku. To nadal niczego nie zmieniało, ale…
– Spójrz tu
na mnie – polecił, nie kryjąc zniecierpliwienia. – A potem odpowiedz na
pytanie…
Chcąc nie chcąc odwróciła się.
10/29/2020
29. Tatuaż
Pukanie do drzwi natychmiast wyrwało
Lenę z zamyślenia. Błyskawicznie poderwała się z kanapy i popędziła
ku wejściu.
– Och… Och!
Tylko na tyle
było ją stać. Przez krótką chwilę mając ochotę popłakać się w przypływie
ulgi, bezceremonialnie rzuciła się na stojąca w progu postać. Prawie
natychmiast tego pożałowała, bo w odpowiedzi Maggie jęknęła i zachwiała
się, z trudem odzyskując równowagę.
– Przepraszam!
– zreflektowała się natychmiast Lena. Odskoczyła jak oparzona, chowając obie
dłonie za plecami. – Przepraszam, ja… Nic ci nie jest? Chcesz usiąść?
Maggie
potrząsnęła głową. Rude włosy zafalowały wokół jej twarzy. Grymas bólu prawie
natychmiast zniknął, kiedy dziewczyna zdecydowała się uśmiechnąć.
– Już w porządku
– zapewniła. – To nic takiego. Ciebie też dobrze w końcu zobaczyć, więc…
– Nic
takiego?! Wpadłaś przeze mnie pod samochód!
Lena wciąż w to
nie wierzyła. Jak przez mgłę pamiętała, co działo się z nią tamtego
wieczoru. Nie była pewna jak doszło do wypadku, w którym ucierpiała
Maggie, choć bez wątpienia jakoś się do tego przyczyniła. Nie była pewna czy
dziewczyna po prostu się potknęła, czy może nie zauważyła nadjeżdżającego auta.
Cokolwiek doprowadziło do zderzenia – nieuwaga, przypadek czy może pogoda –
wciąż dręczyło Lenę. Jakby nie patrzeć spanikowała i uciekła, zamiast od
razu rzucić się dziewczynie na pomoc.
Błogosławiła
fakt, że ostatecznie wszystko skończyło się dobrze. Co prawda Lena wątpiła,
żeby poobijane żebra i wstrząśnienie mózgu dało się określić mianem
szczęścia, ale obie wiedziały jedno: to, że mogło skończyć się o wiele
gorzej. Gdyby samochód jechał szybciej…
Ale o tym
żadna z nich starała się nie myśleć.
Wprowadziła
Maggie do salonu, chcąc jak najszybciej posadzić dziewczynę na kanapie. Sama
zajęła miejsce naprzeciwko, kuląc się na fotelu po drugiej stronie stolika
kawowego. Dopiero wtedy poczuła się naprawdę dziwnie, uświadamiając sobie, że
tak naprawdę nie wiedziała, co powinna powiedzieć. Chciała spotkać się z Maggie
od momentu, w którym ta wyszła ze szpitala – zresztą ze wzajemnością – a jednak
gdy przyszło co do czego…
Och, miała
tak wiele pytań. Tak wiele z tego, co wydarzyło się w tamtym okresie wydawało
się niejasne. Lena czuła, że umknęło jej coś ważnego – coś, czego nie chciała
pamiętać, choć zarazem powinna. Zastanawiała się, czy jej towarzyszka
doświadczała tego samego.
– Co masz
na ręce?
Głos Maggie
wyrwał ją z zamyślenia. W roztargnieniu spojrzała na dziewczynę, z opóźnieniem
uświadamiając sobie, że ta wpatrywała się w jej lewe przedramię. Natychmiast
rozprostowała rękę, by odsłonić nadgarstek.
– Ja… Hm,
nie jestem pewna – przyznała z wahaniem. Sama również spojrzała na
odcinający się na skórze symbol. – Nie wiem, co ci powiedzieć. Ja nie… Pewnie
uznasz, że oszalałam – powiedziała w końcu – ale po tamtej nocy… on po
prostu tu był.
O dziwo,
Maggie jedynie skinęła głową.
– Tak…
Chyba mogę to sobie wyobrazić – stwierdziła jak gdyby nigdy nic.
Wraz z tymi
słowami, sama również wyciągnęła przed siebie rękę. Jeszcze zanim podwinęła
rękaw, Lena nabrała pewności, co zobaczy. Mimo wszystko zawahała się, gdy
dostrzegła tatuaż na ramieniu dziewczyny – bliźniaczo podobny do tego, który
znaczył jej skórę od jakiegoś czasu.
Trzy złączone
ze sobą księżyce. Symbol, który z jakiegoś powodu w równym stopniu ją
fascynował, co i niepokoił.
W ciszy
przysunęła swoje ramię do ramienia Maggie. Spojrzała na dziewczynę, z zaskoczeniem
doszukując się w jej spojrzeniu wyłącznie spokoju i zrozumienia.
Mogła tylko zgadywać, co to oznaczało, ale tak naprawdę wcale nie chciała tego
robić.
Z jakiegoś
powodu zostały naznaczone. Cokolwiek stało się dwa tygodnie wcześniej, związało
je ze sobą. Tatuaże były niczym ciche świadectwo czegoś, co miało miejsce, nawet
jeśli żadna z nich tego nie pamiętała.
Lena w oszołomieniu
pomyślała, że może z tym żyć.
– Herbaty? –
wypaliła, podrywając się z miejsca.
– Chętnie.
Z ulgą
wyszła do kuchni.
Choć wciąż
czuła się zdezorientowana, w całym tym szaleństwie jednego pozostawała
pewna: Maggie od teraz miała być częścią jej życia.
I to wydawało się dobre.
10/28/2020
28. Transformacja
– C-co takiego…?
Ale
odpowiedź nie nadeszła. Veronika poruszyła się niespokojnie, wciąż mając
wrażenie, że się przesłyszała. Wyczekująco spojrzała na babcie, ale ta zdążyła
odwrócić wzrok. Twarz staruszki pozostawała obojętna, przynajmniej na pierwszy
rzut oka nie zdradzając żadnych konkretnych emocji. Veronika wiedziała, że to
wyłącznie pozory – w końcu miała dość czasu, by poznać osobę, którą
kochała tak bardzo – ale mimo to nie potrafiła stwierdzić, czego powinna się
spodziewać. Wiedziała jedynie, że coś w tonie i słowach babci wprawiło
ją w silniejszy niż do tej pory niepokój.
Właśnie
wtedy poczuła coś jeszcze – niczym nagłe szarpnięcie, które spróbowało wyrwać
ją z kręgu świec. Instynktownie spróbowała mu się przeciwstawić, w głowie
mając tylko jedną myśl: to, że skończył jej się czas.
– Nie
rozumiem! – zaoponowała, w pośpiechu wyrzucając z siebie kolejne
słowa. Wciąż wpatrywała się w zwróconą do niej bokiem kobietę. – Co masz
na myśli? I co zamierzasz? Lena przecież…
– Zaufaj mi
– przerwała cicho staruszka. – I ciesz się życiem. Żyj dla mnie, Maggie.
Znów to
imię. Wypowiadała je równie naturalnie, co i w chwili, w której
Veronika o nie poprosiła. Jedyne imię, które chciała nosić – które
przyjęłaby bez cienia wahania, gdyby tylko mogła odrzucić klątwę, którą na
własne życzenie uwiązała siebie i Julię. Życie Maggie było dobre i proste,
wypełnione tym odcieniem magii, który Veronika powinna wybrać jeszcze za życia.
Gdyby do tego wszystkiego miała pewność, że nie wydarzy się nic złego…
Kolejne
szarpnięcie. Czuła się jakby znikała, choć nie w sposób, który mógłby
sugerować umieranie. Ginęła tak wiele razy, że wysnucie wniosków wcale nie
wydało jej się aż takie abstrakcyjne. Przywykła wystarczając, by zdołać dostrzec
różnicę.
Żyj dla
mnie, Maggie.
Ale to
przecież nie miało sensu. Pamiętała pisk opon, oddalającą się Lenę i moment,
w którym wszystko wokół pochłonęła ciemność. Tym razem umarła w ten
sposób, a teraz była tutaj, jak zwykle spóźniona i niezdolna zdziałać
czegokolwiek. Nie rozumiała niczego, rozproszona dopiero co odzyskanymi
wspomnieniami, blaskiem świec oraz dziwnym zachowaniem babci. To, że właśnie po
raz pierwszy zwierzyła się komuś z popełnionego lata wcześniej grzechu,
niczego nie ułatwiało.
– Nawet
teraz on wciąż słucha… Ale o tym sama wiesz najlepiej, prawda?
Te słowa doszły
do niej jakby z oddali. Usłyszała je aż nazbyt wyraźnie, chociaż w pierwszym
odruchu nie przyjęła do świadomości, co musiały oznaczać. Na chwilę przestała
walczyć, zapominając o tej dziwnej sile, która odciągała ją w tył – w niebyt
albo do miejsca, które dopiero miała poznać.
Rozszerzonymi
oczyma spojrzała na staruszkę, nie pojmując dlaczego na jej ustach majaczył
blady, smutny uśmiech. Znajome oczy spoglądały na nią troskliwie, z miłością
tak silną, że to aż bolało. Veronika nie sądziła, żeby na nią zasłużyła.
Tym
bardziej nie zasłużyła na to, co właśnie się działo.
– Ty nie…
Głos uwiązł
jej w gardle. Tak naprawdę wcale nie musiała kończyć, w gruncie
rzeczy nie potrzebując zrozumienia. To pojawiło się nagle, gdy pozwoliła sobie przyjąć
do wiadomości to, o czym podświadomie wiedziała od samego początku.
Pamiętała
moment, w którym poznała go po raz pierwszy. Moment, w którym zawarli
brzemienny w skutkach pakt, był aż nadto charakterystyczny. Myśląc o tym
wstecz, Veronika była gotowa przysiąc, że w tamtej chwili jej dusza się
zmieniła – że transformowała w sposób, którego już nie dało się odwrócić.
Spotkanie z nim zmieniało i zdążyła się o tym przekonać.
Tym razem
jednak paktu nie zawarła ona. Ktoś się wtrącił.
Ktoś, kto
chciał dla niej jak najlepiej, ale…
Nie.
Chciała krzyknąć,
ale nie była w stanie. Silniejsze niż wcześniej szarpniecie ostatecznie
wyrwało ją z kręgu. Blask świec przygasł; wszystko dookoła zalała
ciemność.
Ostatnim,
co zapamiętała przed ponownym pogrążeniem się w pustkę, był pełen ulgi
uśmiech na ustach babci.
To oraz słowa, które jeszcze długo miały ją prześladować: „Żyj dla mnie, Maggie”.
10/27/2020
27. Cykuta
– Tak było za pierwszym razem.
Nie widziałam wszystkiego, ale miałam dość czasu, żeby… dowiedzieć się pewnych
rzeczy. – Veronika zamilkła. Przez chwilę pustym wzrokiem wpatrywała się w strzelające
ku górze płomienie świec. Ogień wydał jej się dzikszy niż do tej pory, jakby
przesycony energią, którą wyczuwała wewnątrz kręgu. – Gdyby chodziło tylko o moją
śmierć, przyjęłabym to. Taka byłaby moja kara, choć dalej nie pojmuję dlaczego
musiał w ten sposób przywiązać do mnie Julię.
Kiedyś myślała
inaczej. Egoistycznie roztrząsała wyłącznie to, że została oszukana – że pakt,
który zawarła, okazał się wyłącznie naiwnym marzeniem. Dopiero później pojęła,
że to nie ona była prawdziwą ofiarą. Obserwując jak kolejne wcielenia Julii
popadają w obłęd, z całą mocą zrozumiała, kogo tak naprawdę
skrzywdziła.
Siostra płaciła
za jej egoistyczne pragnienia. Nigdy nie powinna była na to pozwolić. Problem
polegał na tym, że niezależnie od tego jak wiele racy próbowała, koniec zawsze
był taki sam.
– Jestem
pierwszą ofiarą i początkiem obłędu Julii. Ona… Lena – poprawiła się z wahaniem
– prędzej czy później wróci do domu. I Bóg jeden raczy wiedzieć, co się
tam wydarzy.
Tak naprawdę
niczego nie wiedziała o obecnym wcieleniu Julii. Nie mogła ocalić Leny, co
do tego nie miała już złudzeń. Zginęła – tak po prostu, nim w pełni wykorzystała
szansę, którą dał jej los. Gdyby przypomniała sobie wcześniej…
Teraz Lena mogła
być gdziekolwiek. Veronika nie miała nawet pewności, kiedy przypadała pełnia, a więc
szczyt obłędu. Dusza jej siostry szalała, wydając się reagować na pojawiający
się na niebie księżyc.
A potem
wszystko powoli ustawało, w miarę jak satelita zaczynał zniknąć. Wraz z nim
również Julia decydowała się zakończyć swój żywot.
– Cykuta –
wyszeptała bezwiednie Veronika. – To ja interesowałam się nie tym, co powinnam,
ale… to jedno wiedziała również moja siostra. Pewnego dnia po prostu wyszła z domu
i poszła szukać cykuty.
Trucizna do
tej pory potrafiła być skuteczna. Co prawda medycyna wciąż szła do przodu, ale
to nie miało znaczenia, jeśli ktoś chciał umrzeć. Veronika była pewna, że
również Lena miała znaleźć sposób na to, żeby umrzeć. W końcu robiła to
już wielokrotnie wcześniej, na wiele różnych sposobów. Ta kwestia również
pozostawała stała, choć scenariusz każdorazowo przybierał inny kierunek.
Każdy cykl
był inny. Nigdy nie wiedziała, co wydarzy się tym razem. To, kim była, kim
stawała się Julia, w jakich okolicznościach się poznawały… Wszystko
przestawało mieć znaczenie, skoro koniec końców schemat się nie zmieniał.
Już dawno powinna
pogodzić się z tym, że przeznaczenia nie dało się oszukać.
Cisza
dzwoniła jej w uszach. Czekała w napięciu, ale babcia milczała jak
zaklęta, w żaden sposób nie dając po sobie poznać, że usłyszała dalszą
cześć wyznań. Twarz kobiety pozostawała niezmieniona; jej oczy nie wyrażały
żadnych emocji. Przez chwilę Veronika miała ochotę wręcz zacząć ją błagać, by
się odezwała – tylko tyle, nieważne jak surowe okazałyby się jej słowa – ale
ostatecznie nie wykrztusiła z siebie nawet słowa.
Poruszyła
się niespokojnie. Spojrzała na krawędź kręgu, który stworzono z myślą o to,
by pozwolić jej choć przez chwilę pozostać na tym świecie. Czuła, że ten
dodatkowy czas dobiegł końca i że powinna po prostu odpuścić. W jakiś
pokrętny sposób możliwość wyrzucenia z siebie tego, co przez tyle wcieleń
trzymała w tajemnicy, była kojąca, ale mimo wszystko…
– Jak
bardzo żałujesz?
Zesztywniała,
słysząc to pytanie. Natychmiast poderwała głowę, by spojrzeć wprost w oczy
wpatrzonej w nią kobiety.
– Nieważne
co powiem, zabrzmi to niewystarczająco dobrze – odparła cicho. – Teraz
najbardziej żałuję, że zawiodłam, choć mogłam zmienić więcej niż kiedykolwiek
wcześniej. Gdybym pamiętała wcześniej…
– Maggie?
Coś ścisnęło
ją w gardle, gdy znów usłyszała to imię.
– Tak,
babciu? – szepnęła, z trudem panując nad drżeniem głosu.
– Otwórz oczy, kochaniutka – poprosiła kobieta i coś w tych słowach dało Veronice do myślenia. – Skoro chcesz coś zmienić, postaraj się… Bo widzisz, moja mała Maggie wciąż żyje.
10/26/2020
26. Zaćmienie
Nie zapamiętała wiele z tego,
co działo się przez minione dni. Były niczym przebłyski – niekończący się
koszmar, w którym ciemność przeplatała się z przebłyskami obrazów,
które Julia wolałaby wyrzucić z pamięci. Przynajmniej próbowała, za
wszelką cenę odrzucając od siebie wspomnienia, które uważała za nieistotne.
To nie do
niej należały zbroczone krwią dłonie. Nie ona zaciskała palce na rękojeści
sztyletu, który wielokrotnie zagłębił się w piersi Veroniki. Nie ona…
Przez chwilę
sądziła, że wszystko wróci do normy. To, co stało się w pokoju siostry, w rzeczywistości
nie miało miejsca. Wystarczyło, żeby o tym zapomniała i zaczęła udawać,
że wszystko w porządku. Wraz z Veroniką wszystkie problemy powinny
odejść w zapomnienie. Obserwujące ją oczy w końcu przestałyby śledzić
każdy jej krok. O, tak – teraz wszystko musiało być dobrze.
Tyle że nie
było.
Bywały
momenty, w których Julia z ulgą oddawała się zapomnieniu. Pozwalała,
by całkowite zaćmienie przysłoniło jej umysł. I choć w normalnym
wypadku coś takiego wydałoby się jej irracjonalne, udawanie okazało się
zaskakująco proste. Jakby w momencie, w którym wyrzuciła zakrwawiony
sztylet i zmyła krew z rąk, odrzuciła od siebie również popełnione
grzechy.
Mogła
udawać, że ta noc nie miała miejsca. Że nigdy tam nie weszła, że nigdy…
Ale potem
nastawała noc, a na niebie pojawiał się księżyc – coraz pełniejszy i pełniejszy.
Srebrzysty, coraz to intensywniejszy blask sprawiał, że do Julii powracała
świadomość. Nie rozumiała tej zależności, ta zresztą napawała ją coraz to
silniejszą goryczą, zwłaszcza że jakaś jej cząstka – zepchnięta na bok i pozornie
mało znacząca – podsuwała dziewczynie myśli, których ta nie chciała brać pod
uwagę. Jakby w całym tym szaleństwie istniało coś jeszcze, o czym
powinna pamiętać.
Dlaczego
nikt nie pytał o Veronikę? Dlaczego w domu nagle zrobiło się tak
spokojnie i…?
Potrząsnęła
głową, ale natrętne myśli nie ustępowały. Julia skrzywiła się, po czym odsunęła
od zasłoniętego okna. Blask księżyca ją drażnił, choć jak zawsze próbowała
stłumić go zaciągniętymi kotarami. Nie pomagało, a ona oczami wyobraźni
widziała srebrzystą, rozpraszającą noc kulę. Miała wrażenie, że nadeszła
pełnia, choć nie śledziła faz księżyca na tyle uważnie, by mieć co do tego
pewność.
Poruszyła
się niespokojnie. Czując, że tej nocy nie zaśnie, szybkim krokiem wyszła z sypialni
i skierowała kroki ku biblioteki. Zamierzała skulić się w fotelu i czytać
choćby i do rana, o ile wcześniej nie ogarnęłoby jej zmęczenie.
Wiedziała co prawda, że matka nie będzie zachwycona, jeśli przyuważy ją o tak
później porze z książką w ręku, ale to nie miało znaczenia. Ten jeden
raz Julia nie zamierzała przejmować się tym, czy faktycznie w ten sposób źle
wpłynie na oczy.
Już po
przekroczeniu progu biblioteki poczuła, że coś było nie tak. Tutaj okna nie
były zasłonięte, ale po tej stronie domu Julia nie była w stanie dostrzec
księżyca. Ostrożnie wślizgnęła się do środka, starannie stawiając kroki na
wypolerowanej podłodze. Nieznacznie skrzywiła się, gdy z całą mocą uderzył
w nią dziwny, nieprzyjemny zapach, który…
Och, no
tak.
Tylko na
tyle było ją stać. Nawet nie krzyknęła, ani nie skrzywiła się, kiedy zaćmienie
ustąpiło, a ona zdecydowała się sobie przypomnieć. Bezwiednie zacisnęła
dłonie w pięści, tak instynktownie jak wtedy, gdy wymierzała kolejne ciosy
w pierś Veroniki.
Było coś, o czym
zapomniała. Co wyjaśniało wiele jej wątpliwości choćby co do tego, dlaczego
nikt o nią nie pytał.
Ile dni
minęło, odkąd – poruszając się trochę jak lunatyczka – prosto z pokoju
siostry udała się do biblioteki? Tutaj zastała ojca. Tak go zaskoczyła, stając
przed nim blada i zakrwawiona, że nawet nie zdążył się obronić.
Mamę
znalazła w pobliżu kuchni.
Julia spuściła
wzrok. W ciemnościach trudno było rozróżnić szczegóły, ale wciąż była w stanie
rozróżnić miejsce, w którym krew zalegała na posadzce. Ciało leżało za
fotelem, ale to nie było ważne. Nawet gdyby miała wątpliwości, zapach rozkładu
mówił sam za siebie.
No, tak…
Bez słowa wyszła z powrotem na korytarz. Nici z czytania. Dziś miała do zrobienia coś zupełnie innego.
10/25/2020
25. Wrota
– Dwadzieścia dziewięć razy…
Zimny
dreszcz przemknął wzdłuż kręgosłupa Veroniki, choć nie sądziła, że to możliwe.
Wciąż czuła się żywa, ale to było tylko złudzenie, niczym sen, który prędzej czy
później miał odejść w niepamięć. W tamtej chwili jednak całą sobą
trzymała się tego uczucia, zupełnie jakby tylko to utrzymywało ją przy zdrowych
zmysłach.
Szaleństwo
wydawało się być im pisane: jej oraz Julii. Zrozumiała to w chwili, w której
mimo obaw zdecydowała się opowiedzieć o wszystkim, co wiedziała. Wtedy też
pojęła, że nigdy wcześniej nie miała okazji, żeby porozmawiać z kimkolwiek.
Nawet gdy zaczynała pojmować, że trwa w kolejnym cyklu, w pojedynkę robiła
wszystko, byleby się z niego wyrwać. Co prawda również tym razem wszystko
skończyło się tragicznie, przynajmniej dla niej, ale rozmowa z babcią okazała
się zaskakująco kojąca. Wrażenie było takie, jakby Veronice w końcu udało
się zrzucić z ramion olbrzymi ciężar.
Trwała w ciszy,
unikając spoglądania na staruszkę. Zgrzeszyła. Znała własne błędy aż za dobrze,
odkrywając je wciąż na nowo za każdym razem, gdy dochodziła do końca kolejnej
pętli. Mimo wszystko nie była gotowa na wstyd, który ogarnął ją, gdy została
zmuszona do wyznania ich przed osobą, która tak wiele dla niej znaczyło.
Ulga i wstyd.
To było tak dziwne połączenie…
– Każdy
cios był zasłużony – powiedziała cicho, nie odrywając wzroku od ziemi u swoich
stóp. – Tak umarłam po raz pierwszy. Julia nienawidziła mnie do tego stopnia,
że nie przestała nawet wtedy, gdy byłam już martwa.
– Twoja
śmierć się powtarza. To stały element… Ale tylko to, dobrze rozumiem?
Veronika
uniosła głowę. Mogła się tego spodziewać, ale i tak poczuła się dziwnie, słysząc
te słowa. Nie wyczuła choćby krztyny potępienia, zwątpienia albo niechęci.
Słowa babci były rzeczowe, zdecydowane, a ona sama najwyraźniej wciąż zamierzała
jej pomóc.
Nie
mnie. Julii, poprawiła się machinalnie, ale jakaś cząstka Veroniki wciąż pragnęła
wierzyć w coś innego.
– Zawsze
jest tak samo – przyznała, próbując wziąć się w garść. – W miarę jak
przybywa księżyca, kolejne wcielenia mojej siostry popadają w obłęd.
Czasem się znamy, czasem jesteśmy sobie całkowicie obce… Ale za każdym razem ginę
z jej ręki, choć nie zawsze jest tego świadoma. – Veronika zawahała się. –
Otworzyłam wrota, za którymi kryła się ciemność. Już dawno przestałam szukać światła
dla siebie, ale…
Poczuła na
sobie wyczekujące spojrzenie kobiety, która przez całe lata znaczyła dla niej
tak wiele. Maggie kochała babcię. Szanowała ją pod każdym możliwym względem. I zawdzięczała
jej więcej niż mogłaby przypuszczać, choć to była w stanie zweryfikować dopiero
teraz. Patrząc na świat z wiedzą i świadomością Veroniki, wyraźniej niż
wcześniej widziała jak wiele straciła.
Teraz to
już nie miało znaczenia. Tak naprawdę od samego początku wiedziała, że w żadnym
cyklu nie będzie wybawienia dla niej.
– Veroniko…
Co zrobiła Julia?
Wzdrygnęła
się. Drgnęła, przez krótką chwilę mając ochotę spróbować opuścić krąg, który
pozwalał jej pozostać w tym świecie. Prędzej czy później musiała dojść
również do tego, a jednak…
Bardziej
wyczuła niż faktycznie zauważyła ruch, kiedy babcia podeszła bliżej. Przez
moment znajdowała się tak blisko, że niemalże mogły się dotknąć. Veronikę korciło,
żeby wyciągnąć rękę i spróbować położyć ją na policzku kobiety. Gdyby
tylko mogła przez moment poczuć znajome ciepło i zniekształconą, pokrytą
zmarszczkami skórę…
– Maggie.
– Słucham?
Przełknęła z trudem.
Nie sądziła, że faktycznie wypowiedziała to imię na głos.
– Maggie –
powtórzyła, mimo obaw decydując się spojrzeć staruszce w oczy. – Mogłabyś
się tak do mnie zwrócić? Ostatni raz.
Możliwe, że
nie miała prawa o to prosić. Po czasie pomyślała, że to okrutne, zwłaszcza
po wszystkim, co powiedziała. Może była zwykłą egoistką, ale nic nie potrafiła
na to poradzić. W gruncie rzeczy śmiała pragnąć tylko jednego.
– Och,
Maggie… – usłyszała i przez moment poczuła się tak, jakby ktoś zdzielił ją
czymś ciężkim po głowie. Poczuła pieczenie pod powiekami, a chwilę później
łzy w końcu znalazły ujście.
Choć wciąż trwała w ciemnościach, przez ułamek sekundy dostrzegła światło.
10/24/2020
24. Klepsydra
– Jak długo
wiesz?
– Wiem od
początku… Może po prostu nie chciałam wierzyć.
Czuła się
jak we śnie. Chłonęła kolejne słowa, w równym stopniu w nie wątpiąc, co
i pragnąć uznać je za prawdziwe.
To babcia opowiadała
jej własną historię. Opowieść o Veronice była Maggie znana właściwie od
dziecka, nawet jeśli w okrojonej wersji. I choć ta świadomość w najmniejszym
nawet stopniu nie doprowadziła ją do wyjścia z cyklu czy choćby podjęcia
sensownej próby wyrwania się z nieskończonej pętli, dziewczyna nie mogła
zaprzeczyć, że wiedziała o wiele więcej niż w innych wcieleniach.
Choć finalnie niczego to nie zmieniło, była za ten stan rzeczy wdzięczna.
– Zrobiłam
coś bardzo, bardzo złego – wyszeptała, decydując się postawić sprawę jasno. –
Coś, co nie zasługuje na wybawienie. Każda z tych śmierci…
– Uważasz, że
jest zasadna – przerwała ze spokojem kobieta. Po prostu stwierdzała fakt, choć to
i tak wzbudziło w Maggie wątpliwości. Wciąż czekała na moment, w którym
babcia zdecyduje się ją oskarżyć. – Powiedziałam ci tyle, ile byłam świadoma. O powiązaniu
Veroniki… – Urwała, po czym potrząsnęła głową. – Twoim – poprawiła się pośpiesznie.
– O twoim powiązaniu z alchemią. Może nawet z mocami
piekielnymi, ale… nigdy nie dowiedziałam się, ile w tym prawdy.
Veronika
spuściła wzrok. Włosy opadły jej na twarz, ale chowanie się za kosmykami nie
przyniosło jej nawet częściowej ulgi. Wciąż czuła na sobie spojrzenie staruszki
i to wystarczyło, by poczuła się nieswojo.
– Więcej
niż mogłabyś sądzić.
– Ach, tak…
I tylko
tyle. Z jakiegoś powodu brak zdecydowanej reakcji zaczynał doprowadzać ją
do szału.
– Naprawdę
nie rozumiesz? – zapytała cicho, coraz bardziej sfrustrowana. – Umieram, bo
zrobiłam coś bardzo złego. Coś, co
ciągnie się za mną i moją siostrą… Bo widzisz, trwamy w tym obie. –
Parsknęła pozbawionym wesołości śmiechem. – Pożądałam nieśmiertelności, tak jak
mówiły podania. I, cholera, tak, ułożyłam się z samym diabłem, żeby ją osiągnąć…
Chociaż to nawet zabawne – przyznała po chwili wahania. – Bo on dotrzymuje
obietnic. Na swój sposób, ale jednak.
Źle czuła
się z tymi słowami. Tym gorsze było to, że nie mijały się z prawdą.
Nie okłamał jej, po prostu pominął szczegóły. Nie wspominał o cenie, która
miała od tej chwili ciążyć na niej i na Julii, ale czy to w ogóle
miało znaczenie? Czego innego spodziewała się, układając się z samym
władcą piekieł?
– Mogłam
się domyślić – wyszeptała drżącym głosem. – Pamiętam, jak spotkałam go po raz
pierwszy. Kiedy się układaliśmy… Och, pamiętam. – Oczy Veroniki rozszerzyły się
nieznacznie, kiedy wypowiedziała te słowa. – Bawił się klepsydrą. Kręcił nią,
ciągle była obok… Powinnam była się zorientować? To teraz takie oczywiste…
Czuję się, jakbym utknęła w klepsydrze – przyznała po chwili
zastanowienia. – Kiedy pisak przysypuje się do końca, ktoś znów ją odwraca i wszystko
zaczyna się na nowo. I na nowo… To takie męczące. Kiedyś te słowa nie
przeszłyby mi przez usta, ale wiesz co? Czasami chyba jestem wdzięczna za to,
że umieram… Szkoda, że tylko na chwilę.
Była
zmęczona. Tak bardzo zmęczona – ciągłym powtarzaniem tego samego, bezradnością…
Zwłaszcza tym. Pierwszy raz mogła z kimś porozmawiać, ale wcale nie czuła
dzięki temu ulgi. Wiedziała, że to i tak niczego nie zmieni. Że kiedy
piasek przesypie się do końca, klepsydra znów zmieni stronę i wszystko
zacznie się na nowo. Przecież wszystko prędzej czy później i tak
prowadziło do początku. Tak miało być i tym razem.
Krążyła
niespokojnie, uwięziona w kręgu, który utrzymywał ją w miejscu. Wkrótce
i tak miała go opuścić, by zniknąć i… O, tak, zacząć wszystko od nowa.
– Maggie,
skup się – ponagliła babcia. To, że wciąż używała tego imienia, choć trochę pomagało.
Veronika spojrzała na nią w roztargnieniu. – Powiedz mi wszystko.
– Ale…
– Jak
zginęłaś. Ty, nie moja… – Kobieta urwała. – I jakie nieszczęście zwiastuje
twoja śmierć.
Veronika się zawahała.
10/23/2020
23. Przywołanie
– Maggie…
Głos
dochodził jakby z oddali, przytłumiony i ledwo słyszalny. Początkowo
pomyślała, że śni, ale prawie natychmiast odrzuciła od siebie taką możliwość. W zamian
całą sobą uczepiła się tego jednego słowa – imienia, które przez całe lata należało
do niej.
Czuła jak
mgła cofa się, choć z wyraźnym oporem. Veronika wciąż mogła odpuścić;
spróbować poddać się zapomnieniu, a potem ostatecznie zniknąć, tym samym
skazując się na powrót do punktu wyjścia.
Nie zrobiła
tego.
Rozpoznała
ten głos. Trudno, by było inaczej, skoro przez tyle czasu tak wiele dla niej
znaczył. Wiedziała, kto ją woła, choć zwłaszcza w tamtej chwili babcine
nawoływanie rozbudziło w niej wyłącznie trudny do pohamowania wstyd. Przez
chwilę nie wyobrażała sobie, że miałaby stanąć przed tą kobietą i spojrzeć
jej w oczy. Pragnęła uciec, ale zarazem wiedziała, że to byłoby jeszcze
gorsze.
Babcia ją wzywała
– stąd, doskonale świadoma, co się stało. Wiedziała, że właśnie straciła wnuczkę.
Okrutnym
byłoby nie odpowiedzieć.
Właśnie
dlatego podążyła za imieniem, które przez tyle czasu należało do niej. Oczami
wyobraźni widziała nowy krąg ze świec, jakże podobny do tego, który nie tak
dawno tworzyły razem. Maggie znała rytuał przywołania, choć nigdy w nim
nie uczestniczyła. Tym bardziej nie brała pod uwagę, że kiedykolwiek to właśnie
jej przyjdzie odpowiedzieć jako dusz, z którą chciano się skontaktować w świecie
umarłych.
Mgła
rozstąpiła się, a obraz nabrał kształtów. Wrażenie było takie, jakby ktoś
nagle wcisnął przycisk włączający telewizor. Maggie (przynajmniej na razie
uczepiła się tego imienia) poczuła grunt pod stopami, choć przez moment czując
się tak, jakby była żywa. Oślepił ją blask świec, zwłaszcza że płomienie
zapłonęły jaśniej, obwieszczając jej przybycie. Znów znajdowała się w samym
środku wyrytego na ziemi kręgu, choć dobrze wiedziała, że ten wcale nie miał na
celu ją ochronić. Symbole pozostawały jednym, co pozwalało jej tu przebywać.
Wiedziała,
że babcia też tu była. Jakby tego było mało, najpewniej ją widziała… Albo
przynajmniej czuła obecność. Dziewczyna niemalże czuła na sobie spojrzenie
znajomych oczu – skupionych, surowych, a w tamtej chwili jak nic
przepełnionych smutkiem. Albo czymś więcej. Nie miała odwagi tego sprawdzić,
nie chcąc brać pod uwagę, że mogłaby dostrzec w nich zawód.
Wszystko
zepsułam…
Już i tak
to wiedziała. Nie potrzebowała dodatkowego zapewnienia, zwłaszcza ze strony
babci.
– Spójrz na
mnie, Maggie.
Nie
chciała, a jednak nie była w stanie ignorować polecenia. Poruszając
się trochę jak w transie, uniosła głowę.
Staruszka
znajdowała się dosłownie na wyciągnięcie ręki. Wpatrywała się wprost w nią,
ale w jej oczach Maggie wcale nie dostrzegła oczekiwanego rozczarowania. Z zaskoczeniem
przekonała się, że wcale nie królował w nich smutek, choć ten mimo
wszystko była w stanie wyczuć.
Tak jak i coś
innego – silniejszego niż mogłaby przypuszczać i tak bardzo
dezorientującego.
Miłość.
Uciekła
wzrokiem gdzieś w bok, coraz to bardziej oszołomiona. Nie tego się
spodziewała, a tym bardziej nie na to zasłużyła. O wiele bardziej
uzasadniona wydawała się nienawiść, którą dopiero co wspominała, a która
przepełniała każdy ruch Julii. Sądziła, że tylko tego jednego powinna być
pewna. Może jeszcze gniewu, który zaczynała odczuwać nawet sama względem
siebie. To było czymś, co potrafiła pojąć.
– Tak mi
przykro – wyszeptała tak cicho, że równie dobrze mogłaby po prostu poruszyć
wargami. – Nie chciałam. Ja…
Urwała,
zdolna już tylko wpatrywać się w ziemię. Widziała zarys kręgu, który stworzyła
babcia. To oraz niewielki przedmiot, który ułożono na samym środku, w którym
natychmiast rozpoznała łańcuszek z symbolem trzech księżyców. Miała wrażenie,
że na srebrze dostrzega zaschnięte ślady krwi.
– Nie przepraszaj, tylko ze mną porozmawiaj. W końcu pamiętasz, prawda? – padło w odpowiedzi. Wyprostowała się niczym struna, co najmniej zaskoczona tymi słowami. Również pytaniem, które padło na samy końcu, a które było ostatnim, które się spodziewała: – Jak mam ci pomóc, Veroniko?
10/22/2020
22. Mgła
Najgorszy zawsze był moment
zapomnienia. Trwała w pustce, podświadomie wyczekując chwili, w której
mgła po raz kolejny przysłoni jej umysł, tak jak i zawsze pochłaniała
wszystko wokół. Na wszystkie możliwe sposoby walczyła z takim stanem
rzeczy, chwytając się nawet najbardziej bolesnych sposób, żeby go opóźnić.
Chciała wyciągnąć jak najwięcej wniosków, wciąż licząc, że za którymś razem
dowie się dość, by kolejny cykl został zarazem ostatnim, a jednak wciąż
zawodziła. Nawet pamiętając, że istniał sposób na zmianę przeznaczenia, wciąż
odtwarzała je na nowo.
Dzięki tym
próbom Veronika pamiętała o rzeczach, które w normalnym wypadku bardzo
chętnie wyparłaby z pamięci. Nie potrafiła zliczyć jak wiele razy rozpamiętywała
dzień, w którym zginęła z ręki Julii po raz pierwszy. Kolejne śmierci
nie były aż takie istotne, czasem sprowadzając się do zwykłego wypadku. Jak i tym
razem – jako Maggie umarła pod kołami samochodu, choć Lena nie była tego świadoma.
Nie zabiła jej z premedytacją i tak zimną krwią jak za pierwszym
razem.
Nie
rozumiała tego schematu. Koniec końców do śmierci zawsze przyczyniała się właśnie
reinkarnacja Julii, chociaż tylko ten pierwszy raz wydawał się mieć aż tak
silne znaczenie. Tylko w nim Veronika wyczuwała to, co wciąż ją
przerażało: czysta nienawiść, którą darzyła ją siostra.
Czuła, że
tam kryła się odpowiedź. Właśnie dlatego prędzej czy później wracała do
momentu, który tak wyraźnie wyrył się nie tylko w jej pamięci, ale przede
wszystkim duszy.
Rozpamiętywała
tamtą noc tak często, że potrafiła stwierdzić choćby to, że za pierwszym razem
Julia dźgnęła ją aż dwadzieścia dziewięć raz.
Dwadzieścia
dziewięć pełnych nienawiści, starannie wymierzonych ciosów.
Od tego
czasu wszystko kręciło się wokół jednego schematu. Zawsze prędzej czy później
losy jej i Julii znów się ze sobą splatały. Zawsze ginęła z jej winy –
w mniej lub bardziej bezpośredni sposób. Zawsze podczas pierwszej kwadry.
Chwytała
się tych myśli, po raz wtóry próbując wszystko uporządkować. Te najbardziej
bolesne wspomnienia zawsze były najlepszym sposobem na to, by przeciwstawić się
mgle. Tej jednej kwestii Veronika nauczyła się już dawno temu, jeszcze gdy żyła
po raz pierwszy. Nienawiść pozostawała ślady – głębokie rany, których ot tak
nie dało się wymazać. Paradoksalnie właśnie ta wiedza mogła okazać się
wybawieniem, choć z każdym kolejnym cyklem coraz bardziej wątpiła w to,
czy coś podobnego w ogóle będzie jej pisane. Bardziej prawdopodobne
wydawało się, że została potępiona na wieki.
Cykl…
Dwadzieścia dziewięć…
Tyle trwał
cykl księżyca. Nie miała pojęcia czy to miało znaczenie, ale prędzej czy później
wszystko wydawało się sprowadzać właśnie do tego.
Poczucie
beznadziei uderzyło w nią z całą mocą. Wątpiła, by kiedykolwiek nadarzyła
się bardziej sprzyjająca okazja, by przerwać to szaleństwo. Maggie bardziej niż
którekolwiek z wcześniejszych wcieleń zbliżyła się do magii. Miała wiedzę i możliwości,
o których Veronika mogła tylko pomarzyć – i które ostatecznie zaprzepaściła,
pozwalając zabić się, nim w pełni pojęła z czym walczy. Gdyby tylko
przypomniała sobie wcześniej…
Mgła
wydawała się gęstnieć, stopniowo pochłaniając coraz to więcej. Walczyła, ale
czuła, że jak zawsze przegra. Znów zapomni, co na swój sposób wcale nie było
takie złe – przynajmniej nie musiałaby być świadkiem tego, co później spotka
Julię. To było egoistyczne, oczywiście, ale nie potrafiła nic na to poradzić. Już
i tak wiedziała zbyt wiele.
Podda się
mgle. Zapomni, a później – może za rok, może za dziesięć – powróci w nowym
wcieleniu, a potem cykle zacznie się na nowo.
Czuła, że
się zapada. Że otaczająca ją ciemność gęstnieje, a mgła przysłania umysł.
Powoli, krok po kroku, coś spychało ją wprost w pustkę – w ramiona jakże
znienawidzonego zapomnienia. Wciąż była na siebie zła, ale nie próbowała
walczyć. Tym razem i tak nie dowiedziała się niczego nowego, bo…
A potem z ciemności
doszedł ją znajomy głos.
– Maggie…
10/21/2020
21. Ruiny
– N-nie…
nawidzę… nie…
Ostrze
opadło. Raz, drugi, trzeci. Uderzyła z siłą, o którą się nie spodziewała,
zatapiając sztylet tak głęboko, że aż zarysował podłogę. Zadziwiało ją, z jaką
lekkością przechodził przez ciało – warstwę mięśni i organów, które kryły
się w brzuchu. Wciąż czekała, aż napotka opór, ale każde kolejne uderzenie
przychodziło Julii równie łatwo, co i pierwsze, które zadała.
Czuła
wilgoć na policzkach, ale już sama nie była pewna, co było jej przyczyną – łzy
czy może rozbryzgana po pokoju krew. To nie miało znaczenia. Liczyło się, że w końcu
poczuła ulgę i to na dodatek przed wzejściem słońca.
Przekrzywiła
głowę. W ciszy spojrzała na pozbawioną wyrazu twarz Veroniki. Siedziała
okrakiem na rozłożonym na podłodze, bezwładnym ciele siostry. Widziała krew,
którą przesiąkło jej ubranie, zresztą jak i koszula nocna, która miała na
sobie Julia. Powinien ją zaskoczyć widok zdobionego noża do papieru, który ściskała
w dłoniach, ale jego obecność wydała jej się w pełni uzasadniona.
Równie wiele sensu miał każdy z zadanych ciosów.
Musiała to
zrobić. To było oczywiste, ale… ale…
Otarła
policzki. Wzięła kilka głębszych wdechów, starając się ignorować zapach świeżej
krwi. Na języku czuła metaliczny posmak, ale nie zwróciła na niego większej
uwagi. On również na swój sposób wydawał się właściwy.
Nogi same
przywiodły ją do tej sypialni. Podążała za ćmą, szybko orientując się, gdzie ta
chciała ją doprowadzić. Z jakiegoś powodu od samego początku czuła, że
odpowiedzi powinna szukać właśnie u siostry. Veronika od zawsze
interesowała się rzeczami, których Julia nie potrafiła pojąć. Twierdziła, że to
nauka, choć rozsądek podpowiadał, że było inaczej. Co prawda nigdy tego nie
skomentowała, ale wielokrotnie myślała o tym, że siostra nie postępowała
właściwie. Czuła, że prędzej czy później sprowadzi to nieszczęście na
wszystkich, nie tylko siebie samą. Pod wieloma względami wydawało się to
egoistyczne.
Veronika
była egoistką.
I to ona ją
przeklęła.
Zrozumienie
pojawiło się nagle, ledwo dostrzegła, w którym kierunku prowadziła ją ćma.
Kiedy już stanęła przed drzwiami siostry, wiedziała wszystko. Nie przypominała
sobie, kiedy ostatnim razem ogarnął ją tak silny gniew, ale to nie miało
znaczenia. Nagle po prostu dała upust wszystkiemu, co narastało w niej od
jakiegoś czasu. Frustracja przysłoniła wszystko inne, a Julii nie
pozostało nic poza pozwoleniem, by emocje w końcu znalazły ujście.
Nie
pamiętała, w którym momencie weszła do pokoju. Była pewna wyłącznie tego,
że słyszała własny krzyk – niespójne słowa, z których tylko dwa zapadły
jej w pamięć: nienawidzę cię. Potem wszystko potoczyło się bardzo
szybko, zaczynając od tego, że odepchnęła od siebie Veronikę. Nawet nie czekała
na odpowiedź, jakiekolwiek wyjaśnienie czy przeprosiny. O nie prosiła już
od jakiegoś czasu, żaląc się na dręczące ją symptomy – na to, że ktoś ją
obserwował, ktoś szeptał i…
Już nie
było miejsca na czekanie.
Więc nie
czekała, w zamian w końcu pozwalając sobie na działanie. Pamiętała,
że ćma w którymś momencie wylądowała na piersi Veroniki, więc… po prostu
uderzyła.
Raz, drugi…
dziesiąty. To, że w którymś momencie chwyciła za leżący w pokoju
siostry sztylet, zrozumiała dopiero później.
Siedziała i uderzała.
Raz za razem, wciąż na nowo, obojętna na płynąca krew i to, że Veronika
już nawet nie próbowała walczyć. Leżała spokojnie, cała we krwi i z rozrzuconymi
na boki rękoma. Ćma zniknęła, ale Julia uderzała dalej, również wtedy, gdy
ogarnęło ją zmęczenie. Wciąż i wciąż, byleby nabrać pewności, że ciało
więcej się nie poruszy.
Siedziała
na ruinach dotychczasowego życia, wciąż i wciąż zabijając osobę, która
przywiodła ją na kraj szaleństwa. Przez okno wdzierał się blask księżyca, ale
nawet w jego srebrzystej poświecie nic nie wydawało się jaśniejsze. Julia
mimochodem pomyślała, że rozlana krew wyglądała bardziej jak atrament niż
cokolwiek innego.
Veronika
umarła podczas pierwszej kwadry.
I miała umierać jeszcze wielokrotnie.
10/20/2020
20. Oczy
Julia otworzyła oczy. Nie
spała, choć próbowała udawać, że jest inaczej. Nie miała pewności, jak długo
leżała w ciemnościach, zaciskając powieki i mając nadzieję, że sen
nadejdzie – mniej lub bardziej spokojny. Pragnęła choć na kilka godzin odpłynąć
w niebyt, w duchu wciąż modląc się o przynajmniej chwilę
spokoju. Chciała doczekać poranka, w pierwszych promieniach słońca widząc
choć częściowe wybawienie.
Od jakiegoś
czasu wszystko kręciło się wokół jednego: nadejściu świtu. Zupełnie jakby blask
dnia stał się wybawieniem, o które nie powinna nawet prosić. Jakby tego
było mało, gdy w końcu doczekiwała jakże upragnionego momentu, zamiast
ulgi powracał strach przed kolejnym zachodem słońca.
Ta pętla ją
wykańczała. Doczekiwała świtu tylko po to, by znów z obawą zacząć
wypatrywać nocy.
Usiadła na
łóżku, ale nie ruszyła się z miejsca. Ciasno oplotła się ramionami i kołdrą,
jakby w ten sposób mogła ochronić się przed czymś, co czekało w ciemnościach.
Nasłuchiwała, ale choć dookoła panowała wyłącznie głucha cisza, Julia była
pewna, że to wyłącznie wrażenie. Coś było z nią w tym pokoju, nie
odpuszczając nawet na moment. Oczy w mroku śledziły każdy jej ruch –
nieważne czy po zmroku, czy po nadejściu poranka.
Być może
popadała w obłęd, przed którym nikt nie miał jej uratować. Z dwojga
złego wolałaby takie wyjaśnienie, woląc nie zastanawiać się, jakie inne możliwości
wchodziły w grę.
Ojcze
nasz, któryś jest w niebie…
Zadrżała.
Przez krótką chwilę mogła wręcz przysiąc, że cichą modlitwę przerwał pozbawiony
wesołości, szyderczy śmiech.
Zacisnęła
powieki, ale prawie natychmiast tego pożałowała. Niemalże widziała obserwujące
ją oczy – z czarnymi tęczówkami, jarzące się w mroku i skupione
wyłącznie na niej. Samo spoglądanie w nie okazało się wyzwaniem, które ją
przerastało. Te oczy ją przerażały, pod każdym względem niepokojące. W ten
sposób mógłby spoglądać na nią sam diabeł, choć i nad tym wolała się nie
zastanawiać.
Już nie
miała odwagi się modlić. Cokolwiek przesiadywało z nią w tym pokoju,
nie miało żadnego związku z Bogiem.
W pamięci
wciąż miała karty, które wyciągnęła podczas wróżby. Każdą z nich – wieżę,
księżyc i śmierć. To oraz pełen współczucia gest, z jakim starsza
kobieta ujęła Julię za ręce, szepcąc słowa, które prześladowały dziewczynę do
tej pory.
Było jej
przykro. Z jakiego powodu miałoby…?
Z jękiem
poderwała się na równe nogi. Kołdra opadła na ziemię, zalegając nań niczym
porzucona druga skóra. Julia tkwiła na środku sypialni, drżąc i bezmyślnie
spoglądając na zwiniętą pościel. Trwała w ciemnościach, oddychając tak
szybko i płytko, jakby właśnie przebiegła maraton. Serce tłukło jej się w piersi,
bezskutecznie próbując wyrwać się na zewnątrz.
– Kim
jesteś?! – rzuciła w ciemność. Coś w niej pękło i już nie była w stanie
się powstrzymywać. Płakała, krzyczała i żądała odpowiedzi, nie chcąc nawet
brać pod uwagę tego, że te mogłyby nie nadejść. – Kto tu jest?! I czego
chcesz?!
Wydało jej
się, że znów słyszy śmiech – rozbrzmiewający w mroku, całkowicie bezcielesny.
Rozszerzyła oczy, nagle zaniepokojona. Dźwięk niemalże natychmiast zmienił się,
tym razem przypominając trzepot skrzydeł. W panice powiodła wzrokiem
dookoła, po czym odetchnęła, dostrzegając niewielki, szamocący się kształt na tle
okna.
Ćma
przysiadła na parapecie, machając skrzydłami. Julia wpatrywała się w nią
jak urzeczona, nim zdecydowała się ruszyć z miejsca. Nie zdziwiło ją, że
owad prawie natychmiast poderwał się do lotu, przeciął sypialnię i przemieścił
się w stronę drzwi. Dziewczyna jak gdyby nigdy nic podążyła za nim, nie
dając sobie czasu na wątpliwości czy sceptycyzm. Skoro już i tak traciła
rozum, mogła uznać to za znak.
Tylko
księżyc był świadkiem decyzji, którą podjęła. Świecił wyjątkowo jasno, choć do
pełni wciąż pozostało trochę czasu. O ile się nie myliła, tej nocy
przypadała pierwsza kwadra.
Z tą myślą
Julia wyszła na korytarz i podążyła za ćmą. Tamtej nocy pragnęła już tylko
jednego: zrozumienia.
I to za wszelką cenę.
10/19/2020
19. Kryształ
Veronika pamiętała swój
grzech. Nigdy tak naprawdę nie była w stanie w pełni wyrzucić go z pamięci,
nieważne czy próbowała. Wciąż za nią podążał, tak jak i niegdyś musiał
prześladować jej siostrę.
Julia nie
zasłużyła na taki los.
Tylko
jedna z nas powinna pokutować…
Ale to
pragnienie – nieważne jak wiele razy powtarzane – nigdy się nie ziszczało. Wciąż
trwały w tym samym cyklu – nieskończonej pętli, którą zapoczątkowała swoim
grzechem. Nieważne jak wiele razy próbowała, ostatecznie zawsze kończyły w tym
samym miejscu.
Gdyby chodziło
tylko o nią, mogłaby to znieść. Zasłużyła, by mordować ją nawet i tysiąckrotnie,
jeśli tylko to mogłoby coś zmienić.
A jednak
żal nigdy nie wystarczył.
Pragnienie
wiecznego życia było najgorszym, co kiedykolwiek przyszło jej do głowy.
Widziała to dopiero teraz, z perspektywy czasu i dziesiątek
powielonych cyklów. Była głupia… Głupia i zaślepiona, naiwnie ignorując znaki,
które podsuwał jej zdrowy rozsądek. Goniła za snem, tak jak i wielu przed
nią – i tak jak wielu innych upadła, choć nie sądziła, by inni zaślepieniu
posunęli się aż tak daleko. Alchemia pod wieloma względami przyniosła światu
również wiele dobrego, tak jak i magia z czasem przerodziła się w medycynę.
Chyba że
ktoś pałał się czarnoksięstwem.
Pamiętała,
że kiedyś wierzyła. Mogła usprawiedliwić wiele, nawet jeśli w grę
wchodziło poświęcenie innych. Wierzyła, że wieczne życie było warte swojej
ceny, zresztą chciała dobrze również dla Julii. Wmawiała sobie, że ta kiedyś
jej podziękuje, nawet gdy ta zaczęła skarżyć się, że ktoś ją obserwuje.
Veronika dobrze znała to uczucie, ale milczała jak zaklęta, zbywając zwierzenia
siostry pobłażliwymi spojrzeniami i nic nieznaczącymi słowami pocieszenia.
„Jesteś
zmęczona”.
„Nie masz
się czym martwić…”.
Miała wrażenie,
że z każdym wypowiedzianym kłamstwem, kryształ na jej szyi pulsował coraz
to intensywniejszym ciepłem. Ten sam, który dostała w wieczór, w który
dopełniła rytuału, przyjmując wszystkie warunki paktu. Wieczne życie miało być
tego warte.
W pierwszą
noc księżycowego cyklu, obiecał, że dostanie dokładnie to, czego pragnęła. Że
nim dojdzie do kolejnego nowiu, będzie nieśmiertelna – ona i Julia, bowiem
rytuał wymagał dwóch ofiar.
– Zostaniecie
razem – obiecał i Veronika aż dziwiła się, że już wtedy nie wyczuła
pobrzmiewającego w jego tonie ostrzeżenia. – Na wieczność, tak jak tego
chciałaś… Obiecuję ci, że ty i twoja siostra już zawsze będziecie razem.
Z
perspektywy czasu wiedziała, że jej nie okłamał. Słyszała kiedyś, że diabeł
zawsze mówił prawdę i najwyraźniej plotki się nie myliły. Mogła zarzucić
mu wiele rzeczy, ale na pewno nie to, że ją oszukał. To jedynie wszystko
komplikowało, bo kiedy pierwszy żal minął, a Veronika wraz z każdym
kolejnym zaczęła pojmować coraz to więcej, zrozumiała, że pretensje mogła mieć wyłącznie
do siebie. Wtedy też pojęła, że właśnie w ten sposób wyglądało piekło:
pełne poczucia winy, której za nic w świecie nie potrafiła spłacić.
I sama się
na nie skazała.
Siebie i Julię.
Trwała w pustce,
kolejny raz w ciszy przyjmując już wielokrotnie wcześniej wyciągane
wnioski. Wciąż bolało tak samo, a jakby tego było mało, najgorsze wciąż
miało dopiero nadejść.
Pamiętała
słowa, którymi próbowała ostrzec samą siebie – o przeznaczeniu, które
wciąż mogła zwalczyć. Z pewnością mówiła o swojej śmierci, dobrze
wiedząc, że ta będzie musiała nadejść, ale mimo wszystko…
Ale
przecież chciała powstrzymać Julię. I po raz kolejny zawiodła.
Wiedziała,
co teraz nadejdzie. Oglądała ten sam scenariusz tak wiele razy, że nawet gdyby
chciała, nie potrafiłaby udawać, że go nie zna. W końcu zawsze było tak
samo – jej siostra popadała w obłęd, a później…
Śmierć
Veroniki zawsze stanowiła tylko początek.
Tak jak za
pierwszym razem.
Pamiętała
noc, w którą pierwszy raz zginęła z rąk własnej siostry – i nie
tylko ona.
„Chciałaś
tego, prawda, Veroniko…?”.
I podobnie jak wtedy, również przez kilka następnych nocy miała być w stanie co najwyżej obserwować.
10/18/2020
18. Tarot
– Boję się. Tak bardzo się boję…
Jej głos
był cichy i ledwie słyszalny. W zaciemnionym pokoju ledwo dało się dostrzec
skuloną na krześle, przerażoną dziewczynę. Długie do pasa, kręcone włosy
przysłoniły twarz, kiedy ta pochyliła głowę, próbując ukryć cisnące się do oczu
łzy.
Początkowo
nie doczekała się odpowiedzi. W mroku widziała zaledwie zarys siedzącej
naprzeciwko niej kobiety. Staruszka milczała, spokojna i niewzruszona,
jakby wypowiedziane chwilę wcześniej słowa nie robiły na niej wrażenie.
Możliwe, że
tak było. W okolicy krążyło o niej tak wiele historii…
– Wyciągnij
przed siebie lewą rękę, Julio.
Posłusznie
wykonała polecenie. Co prawda prawie natychmiast pożałowała ruchu, którym
wyciągnęła ramię, ale zmusiła się do tego, żeby siedzieć spokojnie. W napięciu
oczekiwała momentu, w którym palce
staruszki zacisnął się wokół jej nadgarstka, ale nic podobnego nie miało
miejsca.
W zamian
usłyszała charakterystyczny dźwięk pocieranego krzesiwa. Chwilę później w pokoju
zapłonął pojedynczy płomień. Świeca – czarna i ulokowana niepokojąco
blisko ramienia Julii – rozświetliła nieco pomieszczenie, w tym również
starannie przykryty pasmem materiału stolik. Przez chwilę dziewczyna była w stanie
skupić się wyłącznie na tym – na płomieniu, swojej drżącej dłoni oraz siedzącej
naprzeciwko staruszce.
Coś
zaszeleściło, a potem w zasięgu wzroku Julii pojawiła się talia kart.
Kobieta starannie przetasowała ją, po czym ułożyła stos przed dziewczyną w taki
sposób, że ta była w stanie dostrzec wyłącznie zdobiony wzorem księżyca
spód.
– Przełóż
je. Lewą ręką – podkreśliła staruszka.
Julia poczuła,
jak kamień spada jej z serca. Więc o to chodziło! Zaczynała czuć się
nieswojo, siedząc tak z wyciągniętym przed siebie ramieniem i nie
wiedząc, co chodziło starowince po głowie. Co prawda wiedziała, że wielu wciąż
uznałoby ją za szaloną, gdyby dowiedzieli się, że poszła do kobiety, którą
określano mianem wiedźmy, ale to nie miało znaczenia. Liczyło się, że nawet w obecności
staruszka czuła się bezpieczniejsza, niż we własnym domu czy samym środku
zatłoczonego miasteczka.
Drżącymi
palcami wykonała polecenie. Rozdzieliła stos kart na pół, po czym ponownie
złączyła go w całość. Kobieta momentalnie zabrała karty, przetasowała je
raz jeszcze i ponownie rozłożyła przed Julią.
– Wyjmij
trzy – nakazała, nie tracąc spokoju. – Lewą ręką.
I tym razem
dziewczyna się dostosowała. Nie dając sobie czasu na wątpliwości, wyłuskała ze
stosu trzy karty. Zaraz po tym wycofała rękę, nerwowo przyciskając ją do
piersi.
Nie
odezwała się nawet słowem, kiedy staruszka zebrała resztę stosu, pozostawiając
tylko wylosowane karty. Nie patrząc na Julię, odwróciła je tak, by obie mogły
dostrzec, co przedstawiały.
Wieża.
Księżyc.
I śmierć.
Gwałtownie
zaczerpnęła tchu, tylko cudem nie dławiąc się powietrzem. Na moment pociemniało
jej przed oczami. Była gotowa przysiąc, że płomień zadrżał, jakby bliski tego,
żeby samoistnie zgasnąć.
– Twoje
przerażenie słyszę aż tutaj. W takim razie powiem to od razu: karta
śmierci w tarocie symbolizuje zakończenie… Czasami życia, oczywiście, ale
nie w tym przypadku. – Kobieta zawahała się na moment. W jej głosie
Julia po raz pierwszy wyczuła cień emocji. Jakby tego było mało, mogła je rozpoznać:
pod warstwą współczucia wyraźnie wyczuła strach. – Nie do końca.
– Nie
rozumiem…
Nie od razu
doczekała się odpowiedzi. Zaniepokojona, pośpiesznie nachyliła się nas stołem,
by lepiej widzieć kobietę po drugiej stronie. Nie pierwszy raz miała wrażenie,
że coś kopiowało jej ruchy – niczym cień, druga skóra, intruza, który…
Tym razem
pomarszczone dłonie zacisnęły się wokół rąk Julii. Staruszka trzymała ją
zaskakująco delikatnie, ciepłymi palcami przesuwając po gładkiej skórze. Było w tym
geście coś kojącego i na swój sposób… niepokojącego.
– Tak
bardzo mi przykro, dziecko – westchnęła kobieta. Tym razem jej głos okazał się
ledwo słyszalny w panującej ciszy. Z każdą kolejną sekundą Julia
czuła wyłącznie narastające przerażenie. – To nie śmierci powinnaś się obawiać…
Obawiam się, że jeszcze za nią zatęsknisz.
Zaraz po tym w pokoju zapanowała martwa cisza.














