Pokazywanie postów oznaczonych etykietą „Nessie i Jake”. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą „Nessie i Jake”. Pokaż wszystkie posty

10/16/2016

„Nessie i Jake”

Gatunek: Fan Fiction | Saga „Zmierzch”
Data publikacji: 6.06.2009 – 20.03.2010
Status: zakończone, poprawiane

Krótkie opowiadanie na podstawie sagi „Zmierzch” autorstwa Stephanie Meyer.
Gazety donoszą o coraz liczniejszych zaginięciach w okolicy Forks. Bella natychmiast kojarzy treści artykułów z tymi, które zostały zamieszczone, kiedy po mieście krążyła banda nowo narodzonych, stworzonych przez Victorię. Tym razem z nie ma mowy o całej armii, ale o jednym niedoświadczonym nowicjuszu.
Szybko się okazuje, że wampir faktycznie jest sam. Trafia na Renesmee, której krew doprowadza go do ostateczności. Jak wiele zmieni się w życiu dziewczyny z chwilą ataku oraz gdy Jacob zadecyduje, że najwyższa pora, by pewne tajemnice ujrzały światło dzienne?

1/06/2016

Rozdział XVI

Zdradzona? Czy tak się w tamtym momencie poczułam? Nie, to było zbyt słabe słowo na określenie emocji, które mnie poraziły. Była to tak gwałtowna mieszanka – nienawiść, ból, gorycz – że dziwne wręcz okazało się, że uczucia te nie rozegrały mnie od środka. Aż zgięłam się wpół, mając wrażenie, że ktoś wyrwał mi serce albo z całej siły kopnął w brzuch. Nie mogłam złapać tchu, chociaż jednocześnie jakimś cudem byłam w stanie krzyczeć.
– Co to ma znaczyć? – Mój głos przeszył powietrze niczym sztylet. – Tak twoim zdaniem wygląda to całe wpojenie? – zadrwiłam, nie interesując się tym, że mamy widownię i że nikt nie zrozumie moich słów. Teraz nie liczyło się już nic.
Jacob odepchnął Elizabeth i spojrzał na mnie rozszerzonymi w geście niedowierzania oczami. W ułamku sekundy poderwał się z miejsca i tak szybko, jak bez wzbudzania podejrzeń było to możliwe, dopadł do mnie i spróbował chwycić mnie za ramię. Cofnęłam się w popłochu.
– Nessie… – westchnął, spoglądając na mnie bezradnie. – Kochanie, to nie tak…
– Nie dotykaj mnie! – wrzasnęłam tonem, który zdradzał nadchodzącą histerię. W głowie miałam tylko jedno pytanie, które cały czas dźwięczało mi w uszach, jakby zostało wypalone w moim umyśle. Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego…? – Więc jak? Powiedziałam, że masz mnie nie dotykać! – powtórzyłam, bo zrobił krok w moją stronę.
Za wszelką cenę starałam się zrobić wszystko, byleby nie płakać. Elizabeth wciąż mi się przypatrywała, a ja nie zamierzałam dać jej tej satysfakcji. Być może było to bez sensu, bo cała aż drżałam od nadmiaru emocji, a łzy cisnęły mi się do oczu, ale byłam zdeterminowana. Przynajmniej do momentu, kiedy uświadomiłam sobie, że dłużej już nie dam rady.
Spojrzałam na Jacoba, wprost w jego czarne, zwykle roześmiane oczy. Tym razem patrzył na mnie wręcz błagalnie, jakby prosząc mnie żebym zrozumiała… Właściwie czego ode mnie oczekiwał? Tutaj nie było nic, co jeszcze mogłabym zrozumieć – widziałam dość, żeby wysnuć wnioski. Jak mógł w ogóle sadzić, że jedno spojrzenie wystarczy, żebym udała, że nic się nie wydarzyło.
– Nienawidzę was – szepnęłam, a potem odwróciłam się na pięcie i nie myśląc o torbie, która wciąż leżała na podłodze, czym prędzej wypadłam ze stołówki.
Kiedy znalazłam się na korytarzu, zaryzykowałam i dałam z siebie wszystko. Biegłam tak szybko, jak było to możliwe, nie wzbudzając podejrzeń uczniów. Zobaczyłam Edwarda, który zaraz ruszył w moją stronę oraz pętające spojrzenia innych moich bliskich, ale nie zatrzymałam się i zwinnie wyminąwszy ich wszystkich, popędziłam w stronę wyjścia ze szkoły.
Na dworze było zimno, ale mnie to nie przeszkadzało. Chłodne, zdradzające zbliżającą się zimę powietrze, podziałało otrzeźwiająco. Przebiegłam przez parking i jak najszybciej opuściłam teren szkoły, dopiero na ulicach pozwalając sobie na rozwinięcie pełnej prędkości. Mieszkaliśmy na obrzeżach Seattle, więc do domu nie miałam znów tak daleko i teoretycznie mogłam tam wrócić, ale nie chciałam teraz nikogo widzieć. Biegnąca opustoszałymi, zaniedbanymi uliczkami (celowo je wybrałam, bo było mało prawdopodobne, żebym spotkała jakiegokolwiek przechodnia), nie powstrzymałam łez i podejrzewałam, że muszę wyglądać okropnie, a nie chciałam przestraszyć Esme.
Skierowałam się w stronę lasu. Otoczyły mnie drzewa i było w tym coś kojącego, chociaż jednocześnie gąszcz boleśnie przypominał mi o Jacobie. Biegłam na oślep, machinalnie wymijać kolejne przeszkody i raz po raz potykając się na nierównym podłożu. Nie widziałam prawie nic – obraz zamazywały coraz to świeższe łzy, spływające mi po policzkach i moczące golf, który tak starannie wybierała dla mnie Alice, żebym mogła pójść do szkoły. Po co było się starać, skoro nawet atak Elizabeth już nic dla Jacoba nie znaczył?
Jacob…
Samo jego imię sprawiało, że miałam ochotę zgiąć się wpół i zacząć krzyczeć. Szlochałam i ledwo łapałam oddech, wciąż biegnąc przed siebie. Przypomniałam sobie, że powinnam być ostrożna, bo wciąż jeszcze nie znalazł przebiegu nowej granicy, ale zaraz pomyślałam, że jest mi wszystko jedno. Gdyby mnie zabili, przynajmniej nie musiałabym dłużej myśleć o tym, co się wydarzyło.
To, do nagle się stało, nie powinno mieć miejsca przy zmyśle równowagi, którym dysponowałam, ale z drugiej strony była w takim stanie, że może nie powinno mnie to dziwić. Nagle poczułam szarpnięcie, kiedy zahaczyłam nogą o jakiś korzeń i boleśnie wylądowałam na ziemi. Skuliłam się na leśnym podszyciu, próbując zwinąć się w kłębek tak ciasny, żeby zajmować jak najmniej miejsca. Szlochałam, teraz dodatkowo rozdrażniona własną niezdarnością. Oczywiście, że wolał Elizabeth – ona nie była taka beznadziejna!
Gniewnie uderzyłam pięścią w ziemię i zaraz jęknęłam z bólu. W trawie nie zauważyłam kamienia o ostrych krawędziach i siła uderzenia sprawiła, że rozciął mi skórę na nadgarstku. Rana natychmiast zaczęła obficie krwawić, co jednocześnie podpowiedziało mi, że musiała być dość głęboka. Wiedziałam, że powinnam była jakoś zatamować krwawienie i spróbować ruszyć do domu, ale nie miałam do tego chęci i motywacji. Po prostu leżałam, beznamiętnym wzrokiem wpatrując się w rozcięcie i czując, jak zaczyna robić mi się słabo od utraty krwi. Obraz zaczynał się zamazywać, łzy obsychać (z czasem mi ich zabrakło), a ja wciąż pozostawałam w bezruchu, czekając na łaskawy sens i zapomnienie, które ze sobą niósł.
Musiałam kilkukrotnie tracić świadomość, bo nie byłam w stanie sobie przypomnieć, jak dużo czasu minęło. Kiedy za którymś razem z trudem otworzyłam oczy, na dworze było już ciemno, a ja nie tylko byłam obolała, ale i przegarnięta. Wilgotna trawa przemoczyła mi ubranie, ale chociaż zaczęłam drżeć, chłód nie był dla mnie czymś, czym zamierzałam się przejmować. Ponownie zamknęłam oczy, chociaż wciąż mocno ryzykowałam, że więcej nie uda mi się ich otworzyć. Nie dbałam o to.
Właśnie wtedy usłyszałam głos. Zamrugałam i zaczęłam nasłuchiwać, dochodząc do wniosku, że to prawdopodobnie majaki, ale kiedy ponownie miałam odpłynąć, ponownie usłyszałam, że ktoś wypowiada moje imię. Byłam zbyt osłabiona i oszołomiona, i chociaż wiedziałam, że powinnam odpowiedzieć, nie zrobiłam tego. Nie miałam pojęcia kto mnie woła, ale instynkt podpowiadał mi, że to ktoś, kto chce dla mnie dobrze i kto zapewni mi bezpieczeństwo. Jednak i ta wiedza nie była dostateczną motywacją, żeby spróbować się wysilić i krzykiem ściągnąć na siebie czyjąś uwagę.
Nie chciałam, żeby ktokolwiek mnie znalazł. Ciemność i zapach lasu – jeśli pisana była mi śmierć, czyż to nie było najlepsze otoczenie, żeby ją przywitać? Byłam bardzo zmęczona, a na dodatek przemarznięta; ręka mnie bolała, ale nic nie było w stanie dosięgnąć cierpieniu, które niosło ze sobą jedno jedyne imię, którego nigdy więcej postanowiłam nie wypowiadać. Nawet sama myśl o tej osobie sprawiała, że miałam ochotę krzyczeć, dlatego samotność i sen wydały się czymś wyśnionym, czego pragnęłam nade wszystko. Póki byłam sama, balansując na granicy świadomości, wszystko było w porządku.
Tym razem usłyszałam swoje imię zdecydowanie wyraźniej – ktokolwiek mnie wołał, był blisko. Zdążyłam też się orientować, że nie tyle słyszałam głos, co głosy. Różniły się od siebie, więc musiało szukać mnie kilka osób. To odkrycie sprawiło, że natychmiast pomyślałam o swoich rodzicach i o tym, że musza się o mnie martwić. Czy przynajmniej to nie było warte tego, żebym chociaż spróbowała odpowiedzieć…? Nie, to również nie. Już nic nie miało znaczenia, skoro zostałam całkowicie sama – On zabrał wszystko.
Zamknęłam oczy, mając nadzieję na to, że znów uda mi się zasnąć. Jedynie instynktownie byłam świadoma tego, co działo się wokół mnie. Ledwo wychwyciłam, że ktoś się zbliża, chociaż prawdopodobnie jeszcze mnie nie wyczuł. Zadrżałam i wyrwał mi się cichy jęk, bo to skojarzyło mi się z sierpniowym atakiem wampira. To był błąd, bo nawet jeśli zbliżająca się w moim kierunku osoba mogła jeszcze mnie zignorować albo nie zauważyć, dźwięk który wyrwał się z moich ust, momentalnie ją zaalarmował.
Już nie mogłam nic zrobić.
– Nessie? – usłyszałam zatroskany głos. Ledwo zmusiłam się do otwarcia oczu. Obraz był zamazany, ale kiedy w końcu się wyostrzył, z pewnym trudem rozpoznałam drobną sylwetkę Esme. – Boże, skarbie… – westchnęła poruszona i natychmiast ruszyła w moją stronę, ale zamarła, nagle wyczuwając krew.
Spojrzałam na nią tępo, po czym ciaśniej zwinęłam się w kłębek. Miałam nadzieję, że w ten sposób uda mi się sprawić, żeby odeszła i zostawiła mnie samą, ale szybko przekonałam się, że nie mam na co liczyć. Esme wycofała się odrobinę, ale tylko po to, żeby móc nabrać powietrza do płuc i zawołać w przestrzeń, że mnie znalazła. Nawet w tym stanie zrozumiałam, że w pobliżu musieli być pozostali.
Nie minęło nawet dziesięć sekund, kiedy zjawili się – dosłownie wszyscy, cała moja rodzina. Jasper pojawił się ostatni, ale zaraz się wycofał, kiedy dotarł do niego zapach mojej krwi. Alice po chwili zastanowienia pobiegła za nim, rzucając mi przez ramię zatroskane spojrzenie. Mogłam się założyć, że próbowała niejednokrotnie wykorzystać dar i spróbować naprowadzić pozostałych na mój trop.
Carlisle pierwszy otrząsnął się na tyle, żeby do mnie podejść. Krew była mu obojętna, dlatego zaraz przy mnie przyklęknął i dotknął mojego ramienia. Wzdrygnęłam się i szarpnęłam, nie chcąc żeby mnie dotykał. Dlaczego nie mogli po prostu sobie stąd pójść i zostawić mnie tutaj w spokoju?
– Cii… Spokojnie, Nessie, spokojnie… – Dziadek był co najmniej zaskoczony moją reakcją. – Co się dzieje? Szukamy cię od kilku godzin – powiedział, uważnie lustrując mnie wzrokiem. Zmusiłam się do tego, żeby skupić na nim spojrzenie. – Kochanie, co się dzieje? Nie jesteś ranna? – zapytał mnie natychmiast, chcąc obejrzeć moją głowę i rękę, ale wydałam z siebie niekontrolowany wrzask; zaczęłam się rzucać, żeby nie był w stanie mnie dotknąć.
Doktor westchnął i zaczął coś do mnie mówić uspokajającym tonem, mimochodem stwierdzając, że chyba jestem w szoku. Mocno chwycił mnie za ramiona, żebym nie zrobiła sobie krzywdy, a kiedy przekonałam się, że nie jestem w stanie wyszarpnąć się z jego uścisku, odkryłam, że jednak jestem w stanie płakać i po prostu się rozszlochałam. Carlisle natychmiast wykorzystał to, żeby mimo moich protestów wziąć mnie na ręce.
– Daj mi ją. – Edward nagle zmaterializował się tuż przy doktorze. Wampir bez wahania pozwolił, żeby tata wprawnie mnie przejął.
– Tato… – jęknęłam i wtuliłam twarz w jego tors, nagle nie marząc już o niczym innym, prócz bliskości rodziców. Tata delikatnie mną zakołysał i ucałował mnie w czoło, zapewniając, że wszystko jest w porządku.
Poczułam, że dziadek przybliża się do mnie, żeby ująć mój rozcięty nadgarstek i obejrzeć ranę. Jęknęłam cicho, więc Edward przytulił mnie mocniej, w obawie, że znów zacznę próbować walczyć z każdym, kto będzie chciał mnie dotknąć.
– Rana jest dość głęboka – usłyszałam odrobinę zaniepokojony głos Carlisle’a. – Trzeba będzie czymś to zatamować i zabrać małą do domu – stwierdził, po czym raz jeszcze spróbował zwrócić się do mnie: – Skarbie, spójrz na mnie. Musisz mi powiedzieć, czy nic ci nie jest. Nie uderzyłaś się w głowę? – zasypał mnie pytaniami, starając się zachęcić mnie, żebym skupiła na nim wzrok.
Niechętnie odsunęłam się od taty na tyle, żeby móc obejrzeć się na doktora. Wszystko cały czas mi się rozmazywało przed oczami, ale wiedziałam, że to przez zmęczenie i utratę krwi. Byłam wykończona, ale przynajmniej nie miałam już siły na to, żeby ponownie zacząć histeryzować i walczyć z bliskimi.
– Upadłam, ale nic sobie nie zrobiłam. Potem przypadkiem uderzyłam się o ten kamień… – zaczęłam cicho, próbując skupić się na wypowiadaniu kolejnych słów.
Dziadek spojrzał na mnie troskliwie.
– Dobrze, kochanie. Już jesteś bezpieczna – zapewnił mnie, głaskając mnie po policzku. – Za chwilę wrócimy do domu.
Po chwili ponownie skupił się na mojej ręce. Podwinął mi przesiąknięty krwią rękaw bluzki, żeby jeszcze dokładniej przyjrzeć się ranie. Dopiero jej widok otrzeźwił Rosalie na tyle, żeby z wahaniem ściągnęła z szyi apaszkę i podała ją doktorowi, by mógł zrobić z niej tymczasową opaskę uciskową. Skrzywiłam się, kiedy materiał dość ciasno zacisnął się na mojej ręce, ale zaraz przestałam o tym myśleć. Byłam coraz bardziej zmęczona, więc chyba nie powinno być niczego złego w tym, że spróbuję zasnąć.
Zamknęłam oczy, rozluźniając się w ramionach taty. Edward znów mnie przytulił, ale sen najwyraźniej nie miał być mi pisany.
– Nie możesz jeszcze zasnąć, skarbie – upomniał mnie Carlisle. Chciałam zaprotestować, ale w efekcie jedynie cichutko jęknęłam i zmusiłam się do otwarcia oczu. – Nie wiem, jak dużo krwi straciła. Jest wykończona… – zwrócił się do mojego taty, zachowując się trochę tak, jakby wcale mnie nie było.
Nie przeszkadzało mi to wyjątkowo. Byłam tak wymęczona, że niemal z ulgą przyjęłam moment, kiedy Edward ruszył się z miejsca. Kilkukrotnie podchwyciłam zatroskane spojrzenie biegnącej tuż obok Belli, ale mama nie czuła się na tyle wprawna w samokontroli, żeby zaryzykować podejście do mnie zbyt blisko. Nie miałam jej tego za złe, chociaż nade wszystko pragnęłam, żeby mnie przytuliła.
Tata zabrał mnie prosto do mojego pokoju. Rozpoznałam, kiedy znaleźliśmy się w domu, bo momentalnie zrobiło się cieplej, kiedy zaś wylądowałam na miękkim materacu, omal nie popłakałam się z ulgi. Edward usiadł przy mnie, zanurzając palce w moich lokach i przypatrując mi się troskliwie; wiedziałam, że pilnuje, żebym nie zamknęła oczu.
Wtuliłam twarz w pościel, wdychając jej zapach. Wychwyciłam na niej wciąż jeszcze wyraźną woń zmiennokształtnego, która natychmiast wywołała strach. Momentalnie zaczęłam szybciej oddychać, ledwo łapiąc oddech i mając wrażenie, że serce zaraz jakimś cudem wyskoczy mi z piersi.
Bo co jeśli on gdzieś tutaj był? Nie chciałam go widzieć!
– Cii, córeńko. Jesteś bezpieczna – zapewnił mnie natychmiast Edward, cały czas lustrując moje myśli. – Po tym jak uciekłaś, wrócił prosto do La Push. Więcej cię nie skrzywdzi – obiecał mi, wyraźnie starając się zapanować nad narastającym gniewem. Wiedziałam, że najchętniej by Go zabił, ale nie życzyłam mu śmierci.
Uspokoiłam się nieznacznie, przynajmniej na tyle, żeby zapanować nad szlochem i oddechem. Doszły mnie ciche kroki, a chwilę później ktoś przysiadł po mojej drugiej stronie.
– Jak ona się czuje? – rozpoznałam zatroskany głos mamy. Bella jednak zaryzykowała i nachyliła się nade mną, żeby ucałować mnie w czoło.
– Nie wiem – przyznał tata. – Jest zmęczona. Gdzie Carlisle? – zapytał, chcąc żeby dziadek jak najszybciej się mną zajął i pozwolił mi zasnąć.
Sama też marzyłam jedynie o zamknięciu oczy, dlatego ulżyło mi, kiedy doktor pojawił się obok mnie. Obserwowałam obojętnie, jak odrobinę poluzowuje opaskę na mojej ręce i raz jeszcze ogląda ranę. Wzdrygnęłam się co prawda, kiedy przez jego rozmowę z rodzicami przewinęło się słowo „szwy”, ale niczego nie powiedziałam, nawet w momencie, kiedy cała trójka na chwilę wyszła z pokoju. Dopiero kiedy zostałam sama, zmusiłam swoje obolałe ciało do współpracy i stanąwszy z trudem, powoli podeszłam do wiszącego na ścianie lustra. Nie wiedziałam dlaczego to robię, ale to nie miało teraz żadnego znaczenia – bardziej pochłaniający i jednocześnie odrobinę przerażający był mój wygląd.
Przypominałam zjawę. Skórę miałam bladą jak papier, nie licząc czerwonych kręgów wokół napuchniętych oczu. Włosy miałam poplątane i przypominały jeden wielki stos, którego chyba nawet Alice nie miała z taką łatwością doprowadzić do porządku. Mimochodem zerknęłam na swoją rękę, gdzie wciąż znajdowała się poryta ciemnymi plamami opaska Rosalie, która z pewnością później już nie miała nadawać się do żadnego użytku. Ręka zaczynała mnie boleć, ale pulsowanie było prawie niezauważalne, jeśli w grę wchodziły silny ból i zawroty głowy. Było mi słabo, do oczu wciąż napływały świeże łzy, a mięśnie i całe ciało bolały mnie niemal tak mocno jak wtedy, kiedy się przemieniałam. Z tym tylko, że ból ten tym razem nie miał żadnego związku z jadem albo jakąkolwiek chorobą i byłam tego świadoma.
Usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi. W tym samym momencie zakręciło mi się w głowie i zachwiałam się. Byłabym upadła, gdyby natychmiast nie pochwyciły mnie czyjeś silne objęcia.
– Dlaczego wstałaś, Nessie? – skarcił mnie zaniepokojony Carlisle. Jedynie spojrzałam na niego i wybuchłam płaczem, nie wiedząc co powiedzieć. – Dobrze, dobrze… Cii, skarbie. Tylko cię opatrzę i będziesz mogła się położyć – obiecał mi łagodnym tonem, który zawsze mnie uspokajał, chociaż tym razem nie dał takiego efektu, jakiego mogłabym się spodziewać.
Dziadek podprowadził mnie do łóżka na które natychmiast opadłam. Zwinąwszy się w kłębek, wtuliłam twarz w poduszkę i jedynie pokręciłam głową, kiedy ujął mój nadgarstek. Byłam zmęczona.
– Chcę spać – jęknęłam, odrobinę jedynie niewyraźnie przez obecność pościeli, ale i tak doskonale usłyszał moje słowa.
– Wiem. Wytrzymaj chwilkę – upomniał mnie, siadając tuż obok. – Postaram się zrobić to szybko – obiecał. – Ranka jest głęboka, ale wydaje mi się, że wystarczy ją odkazić i opatrzyć. Zastanawiałem się nad szwami, ale chyba nie będą konieczne – stwierdził w zamyśleniu, ale prawie go nie słuchałam.
Cały czas nie mogłam się odpędzić od przeróżnych myśli, kiedy dziadek starał się mnie opatrzyć. Robiłam wszystko, byleby nie myśleć o tym, co się wydarzyło, ale to nie było wcale takie łatwe. Za każdym razem, kiedy zamykałam oczy, Jego twarz starała się wyślizgnąć z mojej pamięci i mi się ukazać. Z trudem dawałam sobie z tym radę, ale na szczęście udało mi się jakoś zapanować nad szlochem i odrzucić od siebie wspomnienia. Obawiałam się jednak, że to chwilowy sukces – w końcu wiedziałam już z doświadczenia, że pewne rzeczy zawsze wracają.
Poczułam pieczenie, kiedy Carlisle przemył czymś rozcięcie na moim nadgarstku. Jęknęłam zaskoczona i spróbowała wyrwać rękę, ale doktor mi nie pozwolił, mocno mnie przytrzymując i próbując mi wyjaśnić, że to dla mojego dobra. Wiedziałam, że ranę trzeba odkazić, ale nie sądziłam, że będzie aż do tego stopnia piekło – bolało gorzej niż rana sama w sobie i to uczucie mi się nie podobało.
– Już kończę – zapewnił mnie. – Już jest wszystko dobrze, kochanie – dodał, wyciągając rękę, żeby pogładzić mnie po głowie.
Wiedziałam, że jego słowa dotyczą tego, że zaraz skończy się mną zajmować i będę mogła zasnąć, ale i tak coś we mnie pękło. Przecież nic nie było dobrze! Czułam się zdradzona i zraniona w najbardziej dotkliwy sposób – i chociaż zdawało mi się, że jakoś sobie z tym poradzę, w tamtym momencie zrozumiałam, że tak nie będzie. W jednej chwili załkałam żałośnie, mając już tego wszystkiego serdecznie dość. Bo przecież nic nie było dobrze!
Zaniepokojony nagłą zmianą w moim zachowaniu Carlisle, zmusił mnie żebym usiadła, kiedy tylko starannie zabandażował mój przegub. Z płaczem wtuliłam się w niego, ledwo łapiąc oddech i szukając pomocy. Na moment zawahał się, chyba niepewny, czy nie zawołać Belli albo Edwarda, ale ostatecznie po prostu przygarnął mnie do siebie. Zaczął mnie delikatnie kołysać, cierpliwie czekając aż się uspokoję – albo raczej omdleję ze zmęczenia. Tak czy inaczej, w którymś momencie już nie byłam w stanie dalej płakać.
Kiedy tylko znieruchomiałam, delikatnie pogłaskał mnie go głowie i posadził do siebie bokiem. Ujął mnie za ramię i delikatnie podwinął mi rękaw bluzki, a ja momentalnie zrozumiałam, co się dzieje i mocniej wtuliłam się do niego, przestraszona.
– Po co? – jęknęłam płaczliwie. Byłam tak wymęczona, że i bez jakichkolwiek środków miałam zasnąć.
– To tylko coś na uspokojenie. Musisz odpocząć – wyjaśnił i spojrzał na mnie znacząco. Widać sam domyślił się już, że prawdopodobnie będą męczyć mnie koszmary, dokładnie jak po ataku w sierpniu. – Poczujesz się lepiej – obiecał mi. Byłam zbyt wymęczona, żeby się z nim spierać, dlatego po prostu spojrzałam na niego skrzywdzonym wzrokiem i odwróciłam głowę. Cała drżałam, kiedy zaczął przygotowywać mnie do zabiegu, kiedy zaś przygotował strzykawkę i poczułam ukłucie, wyrwał mi się cichy jęk. – Już, Nessie… Co się dzieje, skarbie? – zaniepokoił się, odkładając igłę i przyciskając kawałek gazy do mojego ramienia.
Jedynie znów zadrżałam w odpowiedzi. Czułam lekkie pieczenie w miejscu ukłucia, poza tym nie miałam wątpliwości co do tego, że środki szybko zaczną działać. Zaczynało kręcić mi się w głowie i ledwo zachowywałam przytomność.
– Jak się czujesz? – upewnił się dziadek, machinalnie dotykając mojego czoła. Spróbowałam strząsnąć jego dłoń.
– Nie jestem chora – zaprotestowałam sennie, z trudem wymawiając kolejne słowa. Lekarstwo musiał być naprawdę silne.
– Połóż się, kochanie. Spróbuj teraz zasnąć – powiedział spokojnie doktor, biorąc mnie na ręce i układając pod kołdrą. Skuliłam się na łóżku, wtulając twarz w poduszkę i pozwalając, żeby ogarnęła mnie senność.
Jak przez mgłę wychwyciłam dźwięk otwieranych drzwi. Myślałam, że to Carlisle wyszedł, ale kiedy ktoś nagle usiadł przy mnie i pogłaskał mnie po lokach, zorientowałam się, że pojawił się ktoś nowy.
– I co? – zapytał ktoś cicho, a ja z trudem rozpoznałam zatroskany głos taty. Wiedziałam jednak, że to nie on mnie dotyka.
– Wygląda na zdrową, więc wszystko powinno być w porządku. Jest po prostu wymęczona, poza tym straciła dużo krwi, ale sen powinien jej pomóc. Dobrze by też było, gdyby później spróbowała coś zjeść – wyjaśnił pokrótce dziadek. – Jak na razie dostała silne środki uspokajające, więc trochę odpocznie. Jutro zobaczymy, czy będzie konieczne coś jeszcze.
– Jeśli tak, będziesz musiał ją o to zapytać, bo nie mogę w tym momencie nawet stwierdzić, czy wszystko jest w porządku – stwierdził tata. Udało mi się rozpoznać, że jest poirytowany. – Bella uparła się i blokuje wszystkie jej myśli.
– Dlaczego? – Doktor był co najmniej zaskoczony.
Poczułam wdzięczność wobec mamy, bo tego właśnie potrzebowałam. Najwyraźniej jednak byłam w swoim odczuciach odosobniona.
– Po prostu wiem, co jest dla niej dobre. – Mama postanowiła wtrącić się do rozmowy. Już wcześniej zorientowałam się, że to ona mnie dotyka, ale jej głos i tak mnie zaskoczył. – Nie powinieneś przeglądać jej myśli – zwróciła się do Edwarda.
Tata jedynie westchnął; mogłam sobie wyobrazić, jak wywraca oczami.
– Bello, tyle że wtedy ja też nie będę mógł jej pomóc – przypomniał spokojnie Carlisle. – Jeśli coś się dzieje…
– Przecież i tak nikt z nas nie może jej pomóc – zdenerwowała się mama. – Ona musi sobie sama pomóc. Środki uspokajające to nie jest rozwiązanie – powiedziała z przekonaniem.
– Skąd wiesz? – odezwał się z powątpieniem tata, wyraźnie nieprzekonany. – Nie słyszałaś jej myśli, kiedy ją znaleźliśmy. Ja sam w tym momencie nie jestem pewien, co jest dla Nessie dobre, ale… – zaczął, ale wampirzyca postanowiła mu przerwać:
– Właśnie, że wiem. Mam ci przypominać te nieszczęsne pół roku? – zapytała, a do jej głosu nagle wtargnął smutek.
Nie miałam pojęcia o czym teraz mówiła, ale nie miałam się tego dowiedzieć. Byłam coraz bardziej zmęczona i już dłużej nie mogłam walczyć o zachowanie przytomności. Spróbowałam się rozluźnić, a potem w końcu zapadłam w sen.

Rozdział XV

Już prawie pół godziny leżałam na łóżku w swoim pokoju, kartkując kolorowe czasopismo o modzie, które wcisnęła mi Alice, w nadziei, że tym samym zrekompensuje mi fakt „porwania” Jacoba. Chciała przynajmniej spróbować sprawdzić przyszłość, dlatego niechętnie wraz Jake’m przystaliśmy na jej uporczywe prośby – a właściwie to ja przystałam, a Jacob dla świętego spokoju się zgodził, żeby mnie nie rozczarować. Było w tym coś pocieszającego, bo kiedy zniknął w sypialni chochlika i Jaspera minę miał taką, jakby właśnie szedł na ścięcie.
 Byłam w stanie zrozumieć rozdrażnienie Alice, związane z niespójnymi wizjami albo całkowitym ich brakiem. Na swoim darze polegała jak ślepiec na białej lasce albo psu przewodniku i chociaż z trudem przywykła do tego, że nie widzi pół-wampirów i wilkołaków, i tak była na siebie za to zła. Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że pluła sobie w brodę za to, że nie przewidziała ataku Elizabeth na mnie ani że nie była w stanie powiedzieć nam czegoś więcej na temat sytuacji w Volterze, ale – na litość Boską! – przecież nikt od niej tego nie wymagał. Atak zmiennokształtnej był jedną z sytuacji, w której jej dar musiał zawieść, a nawet gdyby nie imały go się ograniczenia związane z rasą, decyzja dziewczyny była tak spontaniczna, że moja kochana ciotka i tak pewnie nic by nie zobaczyła.
 Westchnęłam i odrzuciła na stolik nocny, po czym usiadła na łóżku wyprostowana. Żałowałem, że Alice nieświadomie przerwała Jake’owi i mi uroczy moment na ganku, ale nie mogłam mieć do o niej o to pretensji. Zresztą teraz największym moim problemem było wymyślenie, jak miałam się następnego dnia pokazać w szkole z siniakami pokrywającymi całą szyję. Nie zamierzałam pozwolić, żeby rodzice przez kolejny tydzień trzymali mnie w domu, skoro czułam się znakomicie – przemiana mimo wszystko nie była chorobą, a mnie już nic nie bolało. Jedynym problemem były właśnie obrażenia, które zawdzięczałam Elizabeth i które nie były przyjemne dla oka; nie chciałam przecież, żeby ktokolwiek pomyślał, że jestem z jakiejś patologicznej rodziny i zgotował moim bliskim kolejnych kłopotów.
 Z jednej strony nie znosiłam liceum, ale z drugiej miałam teraz motywację do tego, żeby koniecznie się tam pojawił. Pomiędzy pocałunkami, korzystając z tego, że jestem w znakomitym nastroju, Jacob pośpiesznie wyjaśnił mi, że Elizabeth zamierza nas obserwować w szkole, żeby przekonać się, że nikomu nie grodzi niebezpieczeństwo z naszej strony. To przypomniało mi, że przecież zmiennokształtna należy do uczniów naszej szkoły i ponownie odezwał się mój instynkt, nakazujący mi zrobić wszystko, byleby nie zostawić tej dziewczyny sam na sam z Jacobem. Nie chodziło przecież o to, że ukochanemu nie ufałam, wręcz przeciwnie – to intencji Elizabeth (Beth, jak powiedział o niej Jacob) nie byłam pewna.
 Rozwiązanie przyszło mi do głowy nagle. Zerwałam się z łóżka i w podskokach podbiegłam do szafy, otwierając ją na roścież i modląc się w duchu, żeby Alice tym razem nie zawiodła mnie, jeśli chodzi o ubrania. Pośpiesznie zaczęłam lustrować wzrokiem wszystkie półeczki z dodatkami, które ciotka wypełniła najróżniejszymi paskami, gumkami do włosów i innymi ozdobnikami, aż w końcu mój wzrok zatrzymał się na czymś, co wydało mi się najodpowiedniejsze: całym tuzinie różnokolorowych apaszek. W normalnym wypadku uznałabym, że Alice zdecydowanie przesadziła, w mojej sytuacji jednak nagle zapragnęłam chochlica wycałować.
 Chwyciłam pierwszą z brzegu – aksamitnie miękką, w kolorze głębokiej zieleni, bo miała najlepiej współgrać z moimi włosami – po czym pośpiesznie zamknęłam drzwi szafy, bo miałam idiotyczne wrażenie, że biedny mebel za chwilę rozleci się za sprawą tych wszystkich, w większości całkowicie zbędnych ubrań. Musiałam w końcu poprzeglądać rzeczy, które zgromadziły dla mnie ciotki, ale w tym momencie zupełnie nie miałam na to ochoty; sprzątanie spokojnie mogło zaczekać na lepszą okazję.
 Miałam wrócić do łóżka, kiedy usłyszałam ciche pukanie, a chwilę później drzwi do mojego pokoju się uchyliły. Obróciłam się, żeby zobaczyć kto przyszedł, a moje włosy zrobiły dokładnie to, czego oczekiwałam – dokładnie zakryły moją szyję. Aż nazbyt dobrze pamiętałam wzrok mamy, kiedy obserwowała moje gardło, dlatego wolałam nie dawać bliskim powodów do niepotrzebnego zamartwiania się.
 – Coś nie tak? – zapytałam, kiedy podchwyciłam odrobinę zaniepokojony wzrok stojącego w progu Carlisle’a. Mogłam się spodziewać, że prędzej czy później dla pewności do mnie zajrzy, ale i tak rozczarowałam się odrobinę, bo miałam nadzieję, że to Jacob.
 – Wszystko jest w porządku – zapewnił mnie pośpiesznie, uśmiechając się do mnie. – Chcę się tylko upewnić, że dobrze się czujesz – wyjaśnił, mierząc mnie wzrokiem. Jego spojrzenie na moment zatrzymało się na mojej szyi i zrozumiałam, że mimo wszystko musiał już wcześniej zauważyć ślady. – Zdążyłaś zapolować? – zapytał, podchodząc bliżej i zamykając za sobą drzwi.
 Podeszłam do łóżka i usiadłam na nim, raz po raz składając i rozkładając apaszkę. Temat polowania i nieszczęsnego spotkania z Elizabeth bynajmniej nie był tym, który z radością chciałam omawiać.
 – Tak. Nic mi nie jest – powiedziałam z naciskiem, chcąc dać dziadkowi do zrozumienia, że nie mam zbytnio nastroju na roztrząsanie tego, co się wydarzyło. Skinął głową. – Alice dalej kontroluje przyszłość? – zapytałam, coraz bardziej żałując, że namówiłam Jacoba, żeby zgodził się jej pomóc.
 – Z Alice nie ma sensu się kłócić – przypomniał mi i to była najbardziej oczywista ze wszystkich odpowiedzi. No cóż, najwyraźniej musiałam się jeszcze trochę przemęczyć, próbując znaleźć sobie zajęcie. – Skoro wspominasz o Jacobie… Wspominał mi, że pierwsza reakcja Elizabeth na twój widok była trochę… – zawahał się, szukając odpowiedniego słowa – … gwałtowna – dokończył w końcu, a ja parsknęłam wymuszonym śmiechem, bo to było spore niedopowiedzenie.
 – Próbowała mnie udusić – przyznałam i machinalnie dotknęłam palcami obolałego miejsca.
 Doktor skinął głową i podszedł bliżej mnie, wyciągając dłoń, żeby odgarnąć mi włosy i odsłonić szyję. Westchnęłam i niechętnie odchyliłam głowę, żeby mógł obejrzeć ślady, nawet nie zdziwiona tym, że w jego złocistych tęczówkach pojawiła się troska.
 – Boli cię gardło? – zapytał, natychmiast siadając przy mnie i przybierając profesjonalny ton, który doskonale znałam. Zaprzeczyłam, nieco speszona tym, że po raz kolejny spoglądał na mnie jak na swoją pacjentkę. – Cóż, to tylko niepokojąco wygląda – stwierdził, ujmując mnie pod brodę i dokładnie oglądając moją szyję – ale za kilka dni powinno zniknąć. Trochę bardziej niepokojące jest to, co mówił Jacob na temat tego, że mogłaś uderzyć się w głowę – dodał, a ja powstrzymałam jęk frustracji.
 – Mówiłam już, że nic mi nie jest – przypomniałam. Nie miałam nic przeciwko temu, że Carlisle się o mnie troszczył; bardziej bałam się, że jednak zdecyduje się zostawić mnie w domu i nie pozwoli pójść do szkoły. – A Jacob jest jak zwykle przewrażliwiony – dodałam nieco buntowniczym tonem.
 Wampir jedynie uśmiechnął się, słysząc moje narzekanie.
 – W to nie wątpię, ale mimo wszystko lepiej byłoby tego nie bagatelizować. Więc jak to było z tym upadkiem? – zapytał i korzystając z tego, że wciąż trzymał dłoń na moim policzku, zachęcił mnie do spojrzenia sobie w oczy.
 – Trochę się poobijałam i to wszystko – przyznałam, wywracając oczami. Mogłam się spodziewać, że Jacob wyolbrzymi całe zajście tak, by zabrzmiało w jak najbardziej dramatyczny sposób, ale nie potrafiłam się na niego zezłościć.
 – Rozumiem. Spójrz, proszę, tutaj – polecił mi dziadek, mimo moich zapewnień wyjmując z kieszeni niewielką latareczkę i świecąc mi nią po oczach. Zmrużyłam oczy, żeby chociaż trochę łatwiej było mi znieść jasny blask. – Dobrze. A teraz śledź wzrokiem światło… – Przyglądał mi się przez moment, kiedy posłusznie wykonałam polecenie. Wyraźnie zadowolony z wyniku skinął głową i wyłączył latareczkę. Zamrugałam kilkukrotnie, żeby pozbyć się ciemnych plamek, które zatańczyły mi przed oczami. – Wszystko wydaje się być w porządku. Nie boli cię głowa? Chciałbym wykluczyć ewentualny wstrząs mózgu – wyjaśnił mi.
 – Naprawdę czuję się dobrze – powiedziałam z uporem, który chyba zaczynał go bawić. – Już nic mi nie jest. Poza tym chcę iść jutro do szkoły – dodałam pewnym tonem, bo musiałam go do swojego pomysłu przekonać.
 Spojrzał krótko na apaszkę, którą podczas badania rzuciłam na łóżko gdzieś za swoimi plecami, a w jego oczach pojawiło się zrozumienie. Myślałam, że oszaleję, kiedy zamilkł na dłuższą chwilę, wyraźnie niepewny tego, czy powinien mi na to pozwolić.
 – Nessie… – Westchnął i ciągnął dalej, zanim zdążyłabym mu przerwać: – Jesteś pewna, kochanie, że dobrze się już czujesz? Byłaś w naprawdę złym stanie i nie jestem pewien, czy powinniśmy tak od razu ryzykować. Może powinnaś dać organizmowi trochę czasu na to, żeby się zregenerował – zasugerował mi, ostrożnie dobierając słowa.
 – Nie chcę! – zaprotestowałam. – Dziadku, sam mówiłeś, że już nic nie powinno mi być, bo jad zniknął. A ja czuje się już normalnie – przekonywałam, sięgając ponownie po apaszkę, żeby zająć czymś ręce. – Gardło też mnie nie boli, a zanim siniaki znikną, mogę je przecież czymś zakryć. Co prawda to nie jest najlepsze rozwiązanie, jeśli chodzi o WF, ale…
 – O gimnastyce na razie zapomnij – przerwał mi, ale po jego spojrzeniu poznałam, że udało mi się go przekonać. – Skoro tak bardzo się upierasz, nie będę cię zmuszał do siedzenia w domu, chociaż mimo wszystko…
 – Dziękuję!
 Tym razem to ja nie zamierzałam dać mu skończyć, pod wpływem impulsu wyciągając ręce, żeby z wdzięczności go uściskać. Przytulił mnie i krótko ucałował w czoło, szybko jednak od siebie odsunął, żeby móc dokończyć zdanie:
 – Poczekaj chwilę, Nessie. Ja naprawdę rozumiem, że już czujesz się dobrze – powiedział, spoglądając mi w oczy – ale nie zapominać, że ja wciąż nie mam pewności, czy już wszystko jest w porządku. Już ci mówiłem, że będę musiał powtórzyć badanie krwi, żeby się upewnić, czy oby na pewno jesteś zdrowa – przypomniał mi.
 Mój entuzjazm momentalnie zniknął, wyparty przez narastający niepokój. Spojrzałam na dziadka z niedowierzaniem, bo zdążyłam już zapomnieć o czekającym mnie zabiegu i teraz poczułam się osaczona. Zdawałam sobie sprawę, że badanie będzie konieczne, ale mimo wszystko spróbowałam znaleźć jakiś powód, dla którego powinien mi je darować albo trochę przesunąć w czas, ale nic nie przychodziło mi do głowy.
 – Nie ma się czego bać – zapewnił mnie pośpiesznie Carlisle, dostrzegając niepokój w moim spojrzeniu. – Im szybciej będę miał wszystkie wyniki, tym lepiej  – usprawiedliwił się, w uspokajającym geście kładąc mi dłoń na ramieniu.
 Nic nie odpowiedziałam, nawet kiedy sięgnął po zapakowaną strzykawkę, która została na stoliku nocnym po tym, jak jeszcze podawał mi morfinę, żeby ulżyć mi podczas przemiany. Spięłam się cała i niechętnie pozwoliłam, żeby ujął moją rękę. Najchętniej zerwałabym się i uciekła, ale powstrzymywała mnie świadomość, że Carlisle chciał dla mnie dobrze, dlatego z lekkim oporem wyprostowałam ramię w łokciu i spróbowałam uciec wzrokiem gdzieś w bok, żeby nie patrzeć, ale i tak zauważyłam długość i grubość igły, którą przygotował.
 – Dziadku… – jęknęłam, kiedy poczułam, że na samą myśl o ukłuciu robi mi się niedobrze.
 Spojrzał na mnie, przerywając na moment próbę znalezienia najodpowiedniejszej żyły.
 – Co się dzieje? – zapytał, kładąc dłoń na moim policzku. – Strasznie pobladłaś… Czym się denerwujesz? – dodał łagodnie.
 – Zawsze byłam mało przytomna – wyjaśniłam cicho, nie mogąc oderwać wzroku od strzykawki. Dlaczego, do diabła, Alice musiała zabrać mi Jacoba akurat teraz?
 – Nessie… – Carlisle przygarnął mnie do siebie, chcąc mnie trochę uspokoić. – Postaram się zrobić to jak najdelikatniej, żeby nic nie zabolało – obiecał mi, całując mnie krótko w czoło. – Ja wiem, że to nie jest przyjemne, ale przecież gdyby nie było konieczne, nie nalegałbym – przypomniał, kołysząc -mnie miarowo.
 Wtuliłam się w niego, chcąc poczuć się pewniej i cały czas myśląc o tym, że dziadek nigdy by mnie nie skrzywdził. Poza tym kiedy pomyślałam o bólu przemiany, którego doświadczyłam dwukrotnie, doszłam do wniosku, że ukłucie jest niczym w porównaniu z cierpieniem, którego w tamtym momencie doznawałam. Żałowałam co prawda, że nie mogę poprosić wujka, żeby trochę mnie znieczulił, ale ufałam doktorowi, dlatego niepewnie pokiwałam głową i pozwoliłam, żeby mnie od siebie odsunął.
 – Dobrze, skarbie – pochwalił mnie dziadek, kiedy niepewnie wyciągnęłam rękę. Ponownie ujął mój nadgarstek, ale tak delikatnie, że prawie tego nie poczułam. – Zamknij oczy, Nessie. To potrwa tylko chwilę – doradził mi.
 Zacisnęłam powieki i dla pewności odwróciłam głowę, starając się zająć czymś myśli. Nie byłam w stanie rozproszyć się całkowicie, ale udało mi się wyłączyć przynajmniej na moment, tak, że ukłucie mnie zaskoczyło i nie zdążyłam na nie zareagować. Zamrugałam z niedowierzaniem, kiedy zaledwie po chwili Carlisle przycisnął kawałek gazy do mojej skóry i kazał mi zgiąć rękę; czułam jedynie lekkie pieczenie w miejscu, w którym się wkuł.
 – No i po co było tak panikować? – zapytał mnie z uśmiechem, machinalnie odgarniając mi włosy z twarzy. – Już po wszystkim. Więcej nie będę cię męczyć – obiecał mi. Jego wzrok na moment spoczął na mojej szyi. – Spróbuj zasnąć, dobrze kochanie? Jesteś zmęczona, a skoro oczekujesz, że jutro cię gdziekolwiek wypuszczę…
 Pokiwałam głową na znak, że rozumiem i wciąż lekko oszołomiona, ułożyłam się na łóżku, okrywając się szczelnie kołdrą. Carlisle spojrzał na mnie z aprobatą i raz jeszcze się do mnie uśmiechnąwszy, wyszedł zostawiając mnie samą. Wcześniej nie chciałam zasnąć, woląc czekać na Jacoba, ale kiedy się położyłam, faktycznie musiałam przyznać, że jestem senna, dlatego zamknęłam oczy i pozwoliłam, żeby zmroczył mnie sen.

 Wokół panował gwar. Jak zwykle podczas przerwy stołówka była wypełniona uczniami, prawie jednak tego nie zauważałam. Ja usiłowałam dostrzec jedną, konkretną osobę, ale jak na złość Jacob uparcie się nie pojawiał.
 Nie widziałam go od rana, więc byłam coraz bardziej zniecierpliwiona. Do szkoły pojechaliśmy osobno, bo rano Carlisle zatrzymał mnie na moment, żeby upewnić się, czy nadal upieram się iść do szkoły i powiedzieć mi, że z moją krwią już wszystko jest w porządku. Ulżyło mi, bo miałam już przynajmniej pewność, że nie czekają mnie już żadne niespodzianki – przynajmniej jeśli chodziło o skutki ugryzienie.
 Alice trajkotała właśnie o tym, że powinniśmy zorganizować kolejne zakupy (Rosalie pocałowała jej z entuzjazmem, podczas gdy moja mama i męska cześć rodziny stanowczo protestowali), kiedy w końcu doszedł do mnie znajomy zapach zmiennokształtnego. Jacoba byłam w stanie rozpoznać w każdy sytuacji, nawet w zatłoczonej ludźmi stołówce, dlatego natychmiast poderwałam głowę i spróbowałam go dostrzec. Na moim ustach pojawił się promienny uśmiech, który ukochany natychmiast odwzajemnił, zaraz jednak zmarkotniałam – bo towarzyszyła mu Elizabeth.
 Na początku pomyślałam, że to przypadek – mieli razem lekcje albo wpadli na siebie w korytarzu – ale kiedy razem ruszyli w stronę naszego stolika, omal nie zaczęłam wyć z rozpaczy. Przyprowadził ją! Tutaj, do naszego stolika! Co takiego strzeliło mu do głowy?!
 – Cześć, Nessie – powiedział pogodnie, opadając na krzesło po mojej lewej stronie. Elizabeth nawet się nie zawahała i usiadła u jego boku. Żadne z nich zdawało się nie zauważać tego, że moi bliscy momentalnie zamilkli, a ja patrzę się na Elizabeth tak, jakbym spodziewała się, że ta za chwilę na mnie skoczy. – Wiesz co? Beth jest całkiem sympatyczna, jeśli nie zaczyna się wyzłośliwiać – oznajmił, a ja omal nie spadłam z krzesła, porażona jego słowami.
 Spróbowałam wziąć się w garść, starając się uczepić rozmowy, którą przeprowadziliśmy dzień wcześniej. Obiecywał mi, że nie mam powodów, żeby się czegokolwiek obawiać, dlatego przylepiłam do twarzy wymuszony uśmiech i odpowiedziałam:
 – To świetnie.
 To było bardzo w stylu Jacoba uznać moje słowa jako rozwiązanie problemu, bo zaraz zajął się swoim jedzeniem i próbach wciągnięcia mnie do rozmowy ze swoją nową… znajomą. Odpowiadałam monosylabami, chcąc dać mu do zrozumienia, że coś jest nie tak – jakby milczenie i spojrzenia moich bliskich były zbyt wymowne, a Rosalie wcale nie udawała odruchu wymiotnego! – ale nie chciał albo nie zauważał moich starań.
 Nie panikuj i po prostu mu zaufaj, nakazałam sobie, usiłując z marnym skutkiem przekonać samą siebie, że Elizabeth wcale nie rzuca mi gniewnych, wyzywających spojrzeń ponad ramieniem Jacoba. Usiłowałam jakoś je ignorować. Chociaż z drugiej strony… Przypomnieć, że to ja jestem wpojeniem Jacoba, wcale nie było takim złym pomysłem.
 – Jake – zagadnęłam, momentalnie zwracając na siebie jego uwagę. Szybka reakcja i znajome spojrzenie nieco mnie uspokoiły. – Wyjdziemy gdzieś dzisiaj razem? Może na tę polankę ze wzgórzem, a przy okazji pokażesz mi przebieg granicy? – zaproponowałam i nie musiałam nawet udawać, że ten pomysł napawa mnie entuzjazmem.
 Ale Jacob zrobił speszoną minę, która natychmiast zepsuła mi humor. Spojrzał na mnie przepraszająco, obejrzał się na chwile w stronę Elizabeth, po czym ponownie przeniósł wzrok na mnie.
 – Nie wiedziałem, że będziesz chciała dzisiaj wyjść – powiedział pospiesznie – więc zgodziłem się, kiedy Beth zaproponowała żebym poznał resztę watahy. Wybacz, kochanie. Zabrałbym cię ze sobą, ale… – Wzruszył bezradnie ramionami. Pakt pozostawał paktem.
 – Och, jasne – mruknęłam, dziwiąc się, że mój głos nie zdradza targających mną emocji. Byłam zła i bliska rozpaczy jednocześnie. – Baw się dobrze – dodałam, chociaż te słowa zdawały się palić moje gardło, kiedy je wypowiadałam.
 – Dzięki. – Nachylił się i ucałował mnie w czoło. W czoło, nie w usta albo przynajmniej policzek. Tak się całowało siostrę.
 W jednej chwili zapragnęłam stąd wyjść. Poczułam się osaczona, poza tym nie mogłam dłużej patrzeć na Jacoba i Elizabeth. Nie dlatego, że mu nie ufałam, ale po prostu chcąc się uspokoić. Poza tym gdybym znalazła sobie jakieś czasochłonne zajęcie na kilka godzin, Jake szybko wróciłby do mnie i w końcu moglibyśmy pobyć razem.
 – Zaraz coś mnie trafi – usłyszałam mruknięcie Rosalie, a chwile później ciotka wstała i oddaliła się szybkim krokiem. Emmett jedynie wzruszył ramionami i poszedł za nią.
 – Hm, no tak. Bella, a pamiętasz tę sukienkę o której ci mówiłam? – zagadnęła moją mamę Alice i w zwinny sposób zmusiła swoją bratową i partnera do tego, żeby wyszli wraz z nią.
 Jacob ze zdziwieniem odprowadził ich wzrokiem, ale zbytnio się nie przejął – przecież nigdy nie przepadał za moją rodziną. Sama też postanowiłam się ewakuować, rzuciłam więc coś na temat tego, że straciłam apetyt. Kiedy wstawałam, Jake spojrzał na mnie z lekkim niepokojem, ale zbyłam go wyjaśnieniem, że to „babskie sprawy", więc już mnie nie zatrzymywał. Edward wydawał się na to czekać, bo zaraz ruszył za mną i ująwszy mnie pod ramię wyprowadził mnie na korytarz.
 – Chodź. Musimy chwilkę porozmawiać – powiedział cicho, po czym zaprowadził mnie do jakiejś pustej klasy i starannie zamknął za nami drzwi. – W porządku? – zapytał, a ja zrozumiałam, że nie pyta mnie o samopoczucie, ale o sytuację ze stołówki. Pokręciłam głową, bo jego nie dało się okłamać. – Nie lubię Jacoba, ale nie zbytnio zależy mi na tobie, żeby patrzeć jak się męczysz. Jemu naprawdę na tobie zależy. Po prostu sądził, że lepiej przy mnie się trochę hamować – wyjaśnił, a na spojrzałam na niego zdziwiona.
 – Hamować? – powtórzyłam, ale przynajmniej nieco mi ulżyło. Więc stąd ten braterski pocałunek… Uspokoiłam się, ale nie do końca. – No dobrze, ale ta Elizabeth? To chyba nie przez wzgląd na ciebie, a jeśli tak, to jestem najwyraźniej za głupia żeby to zrozumieć – pożaliłam się z goryczą.
 Podszedł do mnie i zaraz mocno mnie przytulił. Wtuliłam się w niego, chociaż zdecydowanie bardziej chciałam teraz znaleźć się w ramionach kogoś zupełnie innego.
 – Posłuchaj, córciu – szepnął mi do ucha – problem nie leży w uczuciach Jacoba, ale w Elizabeth. Słucham jej myśli od początku i wiem, że nie może zaakceptować tego, co łączy cię z Jacobem. Poza tym nie da się ukryć, że… – Westchnął i jakby się rozmyślił. – Po prostu nie bądź na Jake'a zbyt surowa.
 – Tato! – zaprotestowałam i odsunęłam się, żeby na niego spojrzeć. – Ona co? No powiedz mi! – niemalże wykrzyknęłam.
 – Dobrze, ale cii… – upomniał mnie, wzmacniając uścisk. – Tylko się nie denerwuj. Elizabeth po prostu… Po prostu jest zainteresowana Jacobem – wyjaśnił, ale obojętnie jak łagodny przybrałby ton, ja i tak nie mogłabym zachować spokoju.
 Aż zachłystnęłam się powietrzem i zesztywniałam. Jacob? Podobał jej się mój Jacob? Poczułam strach i narastający niepokój, chociaż pewnie powinnam ukochanemu zaufać i ewentualnie go ostrzec. To była po prostu jakaś dziewczyna…
 – Masz rację. Porozmawiaj z nim – poparł mnie tata, uśmiechając się czule. – Uznałem po prostu, że powinnaś wiedzieć. Załatwię to od razu, bo nie chciałbym, żebyś męczyła się z powodu niedomówień. – Raz jeszcze mnie uściskał. – Nessie, o ile się orientuję, Jacob nic do niej nie czuje. Dla niego liczysz się wyłącznie ty.
 – Dzięki – rzuciłam i ucałowałam go w policzek, po czym pospiesznie wypadłam z klasy, kierując się w stronę stołówki.
 Miałam nadzieję, że uda mi się jeszcze zastać Jacoba i od razu powiedzieć mu, żeby uważał; jeśli mnie kochał, musiał zrozumieć moje obawy. Być może zaczynałam być przewrażliwiona, ale nic nie mogłam na to poradzić, zwłaszcza po tym, co powiedział mi tata.
 Kiedy weszłam na stołówkę, machinalnie skierowałam się w stronę naszego stolika. Wciąż było tłoczno i musiałam wynikać rozgadanych uczniów, kiedy nagle ci sami zaczęli mi ustępować miejsca. To mnie zaskoczyło, tym bardziej, że zorientowałam się, że przy naszym stoliku ustawiła się całkiem pokaźna grupka gapiów, a uczniowie szpecą miedzy sobą, raz po raz pokazując mnie sobie nawzajem. W powietrzu było czuć jakieś napięcie i podenerwowanie, a kiedy bez ostrzeżenia ktoś gwizdną, byłam już całkiem poirytowana i bliska wybuchu. O co im chodziło?
 A potem tłum w końcu się rozstąpił, dając mi swobodne dojście do stolika i pojawiło się zrozumienie. Torba, którą miałam na ramieniu, zsunęła mi się i z hukiem wylądowała na ziemi.
 W tym samym momencie Elizabeth oderwała się od całującego ją Jacoba i spojrzała wprost na mnie. Jej oczy błyszczały.

Rozdział XIV

– Co ty wyrabiasz?!
Słyszałam gniewny głos Jacoba, ale słowa zdawały się dochodzić jakby z dala i ledwo je rozumiałam. Byłam jedynie strachu i gniewu ukochanego, wszystko jednak przysłaniał fakt, że powoli zaczynało brakować mi powietrza i motywacji do walki.
Palce dziewczyny były szczupłe, ale przy tym zaskakująco silne. Spróbowałam ją z siebie zrzucić, jakoś wyswobodzić się z jej uścisku, ale byłam zbyt oszołomiona, a ciemnowłosa dziewczyna okazała się za silna i zbytnio zdeterminowana, żebym była w stanie cokolwiek zrobić. Ciemne plamy tańczyły mi przed oczami, gardło bolało, a resztki powietrza już dawno uleciało z moich płuc, jeszcze podczas zderzenia z nieznajoma, a ja nie miałam okazji, żeby znów złapać oddech.
Umierałam i to nagle do mnie dotarło, byłam jednak zbyt oszołomiona i bliska omdlenia, żeby jakkolwiek się tą wiadomością przejąć.
Usłyszałam jakiś hałas, coś jakby gardłowe zwierzęce warkniecie, które jednak nie przypominało żadnego naturalnego dźwięku, który znałam. Chwilę później poczułam, że uścisk na mojej siły słabnie, a chwilę później również zalegający na mojej piersi ciężar znika, a ja w końcu mogę odetchnąć. Nabrałam powietrza tak gwałtownie, że aż mnie zemdliło; kaszląc, zmusiłam swoje mięśnie do współpracy i jakimś cudem zdołałam usiąść, wciąż walcząc o wyrównanie oddechu.
Zdezorientowana rozejrzałam się dookoła, próbując zrozumieć, co właściwie się stało. Moja niedoszła zabójczyni – klnąc pod nosem jak szewc – właśnie podnosiła się z ziemi. Jacob stał zaledwie kawałek od niej, a do mnie dotarło, że właśnie mnie uratował. Nie powinno mnie to dziwić, a jednak coś ścisnęło mnie w gardle i tym razem wcale nie były to ręce kogoś, kto chciał mnie udusić.
Na pierwszy rzut oka widać było, że Jake jest wściekły – najdelikatniej mówiąc. A nawet nie, bo to było coś więcej: on był bliski furii. Byłam pewna, że dostrzegę ją w jego czarnych, zwykle wypełnionych ciepłem tęczówkach, kiedy tylko otworzy oczy. Widziałam, jak drgają mu mięśnie i jak kurczowo zaciska dłonie w pięści, prawdopodobnie ledwo powstrzymując się od nadchodzącej przemiany. Niewiele brakowało, żeby przemienił się w wilka i rzucił na ciemnowłosą dziewczynę, żeby stanąć w mojej obronie.
Ale potem uniósł powieki i odnalazł mnie wzrokiem. Jak podejrzewałam, w jego oczach dostrzegłam gniew, ale ten niemal całkowicie wyparował, kiedy tylko chłopak przeniósł wzrok na mnie. W zamian pojawiło się coś nowego – troska i bezgraniczna miłość, które momentalnie sprawiły, że uwierzyłam w to, że wszystko będzie dobrze. Przy Jacobie byłam bezpieczne i nic nie miało tego zmienić.
Jake szybkim krokiem ruszył w moją stronę, kątem oka obserwując taksującą mnie wzrokiem dziewczynę. Jak na razie nie próbowała ponowić ataku i była to chyba najrozsądniejsza rzecz, jaką w tym momencie mogła zrobić.
– Nic ci nie jest? – zapytał mnie Jacob, pomagając mi stanąć na nogi i uchwycić równowagę, bo w pierwszej chwili się zachwiałam.
– Nie – zapewniłam nieco zachrypniętym głosem, bo gardło wciąż mnie bolało, ale poza tym czułam się naprawdę dobrze.
Odetchnął i mocno mnie przytulił. Poddałam się jego dotykowi, mocniej wtulając się w jego tors i w końcu czując się naprawdę bezpieczną. Jacob musiał zauważyć, że podoba mi się to, jak mnie przytula, bo machinalnie wzmocnił uścisk i ucałował mnie w czoło.
Tego już było dla dziewczyny za wiele.
– Czyś ty oszalał? – wydarła się, patrząc na nas tak, jakby właśnie brała udział w jakimś marnym przedstawieniu o bezsensownym scenariuszu. Miała piękny głos, wyrazisty i mocny, a przy tym na swój sposób ironicznym i władczy.
Jacob spojrzał w jej stronę, po czym uchwycił mnie za ramię i stanowczo wepchnął sobie za plecy, żebym przypadkiem nie została narażona na kolejny atak – albo żeby sam w przypływie złości nie zrobił mi przypadkiem krzywdy. Przywarłam do jego pleców, wychylając się odrobinę, żeby móc nadal kontrolować sytuację.
Dziewczyna, przed którą dopiero co ocalił mnie Jacob, zdążyła się już zerwać na równe nogi. Dopiero teraz miałam okazję, żeby się jej dokładnie przyjrzeć. Już wcześniej zauważyłam, że jest ładna. Była wysoka i szczupła, o idealnej, pociągłej sylwetce, której pewnie zazdrościła jej niejedna kobieta. Miała ciemną karnację, równie śniadą jak Jake. Czarne włosy spływały jej falami aż do pasa i zdawały się lekko śnić, nawet przy tak słabym oświetleniu, jak to w którym właśnie się znajdywałyśmy. Ciemne, migdałowe oczy utkwione były w Jacobie i we mnie; miała władcze, zdecydowanie spojrzenie, które dobitnie świadczyło o tym, że jest osobą niezależną i zdecydowanie zbyt pewną siebie.
Nieznajoma wyciągnęła rękę i szybkim ruchem wskazała na mnie.
– Do cholery, czy wiesz co to – podkreśliła, a ja aż się skrzywiłam, bo nienawidziłam kiedy ktoś mówił o mnie w taki sposób – jest?
Jake wykręcił rękę, żeby uchwycić moją dłoń i lekko ją ścisną. Miałam wrażenie, że moja obecność pozwala mu kontrolować gniew, dlatego pozwoliłam mu na to, chociaż uścisk miał mimo wszystko na tyle silny, że dosłownie miażdżył mi kości.
– Pół-wampirzyca – odparł zaskakująco spokojnie. Zesztywniałam cała, zastanawiając się, co on do cholery wyprawia. Jak mógł komukolwiek tak po prostu powiedzieć kim jestem?! – I przestań tak o niej mówić. To nie jest rzecz! – dodał, na moment tracąc panowanie nad sobą.
Ciemne oczy dziewczyny rozszerzyły się w geście niedowierzania.
– I mówisz o tym tak spokojnie? – zapytała gniewnie, chociaż kiedy raz jeszcze przyjrzała się naszym splecionym dłoniom, w jej oczach pojawiło się coś na kształt zrozumienia. – Niemożliwe… – mruknęła, chyba bardziej do siebie niż do nas.
– Co w tym dziwnego? – zapytał wciąż spokojnie Jacob, kreśląc kciukiem jakieś wzory na wierzchu mojej dłoni. Przynajmniej w końcu przestał mi ją tak mocno ściskać.
Dziewczyna znów otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale z braku argumentów musiała zamknąć je z powrotem. Nagle spięła się i przykucnęła, szykując się do ataku bądź obrony, chociaż to drugie nie miało dla mnie żadnego sensu. Jacob zareagował momentalnie i również się przyczaił, ja zaś spróbowałam zaprotestować, bo nie chciałam żeby ze sobą walczyli.
Nie zdążyłam nawet wydać z siebie jęku, kiedy nagle znalazła się w czyichś zimnych objęciach i wszystko stało się jasne.
– Nessie, nic ci nie jest? – zapytała mnie spiętym głosem mama, odsuwając mnie na długość wyciągniętych ramion i dokładnie oglądając. Jej złociste tęczówki pociemniały, kiedy przyjrzała się mojej szyi.
– Skąd…? – zaczęłam zaskoczona, ale urwała, bo w tym samym momencie spomiędzy drzew wyłoniła się reszta mojej rodziny.
– Długo nie wracaliście i powoli zaczynaliśmy się martwić, dlatego postanowiliśmy was poszukać – wyjaśnił tata, zaraz znajdując się tuż obok mnie i Belli. – A potem usłyszałem te myśli… – Przeniósł pełen rezerwy wzrok na ciemnowłosą dziewczynę.
Jacob wydawał się prawie nie zauważyć tego, że już nie jesteśmy sami. Nadal stał, przypatrując się przyczajonej w obronnej pozycji nieznajomego, by po chwili gwałtownie zaczerpnąć powietrza, kiedy coś do niego dotarło.
– Jesteś wilkołakiem – wykrztusił i wtedy i ja zrozumiałam. Jak mogłam wcześniej się nie domyślić?!
Jego słowa sprowadziły wszystkich na ziemię – a przynajmniej mnie, bo wcale nie spodobało mi się, że Jake nadal z nią dyskutuje. Nie powinien, bo… Bo była niebezpieczna. A poza tym zdecydowanie zbyt ładna, chociaż nie byłam pewna, dlaczego ten szczegół nagle zaczął mi przeszkadzać.
– Zmiennokształtną, przynajmniej ten termin powinieneś był już sobie przyswoić. Ale brawo, szkoda tylko, że tyle ci to zajęło – przyklasnęła mu, najzwyczajniej w świecie z niego kpiąc. Jakby tego było mało, wpatrywała się w niego w tak bezczelny sposób, że nagle naszła mnie irracjonalna chęć, żeby porządnie ją uderzyć. – Ty również. Chociaż… – Obrzuciła wzrokiem mnie i moją rodzinę. – No czy ja wiem? Twój przypadek to chyba kwestia sporna.
– A to niby co miało znaczyć? – zapytał gniewnie, ale dziewczyna wydawała się tego nie zauważać. Nadal uśmiechała się, z pobłażaniem kręcąc głową.
– Ustalmy sobie jedną rzecz: zadajesz się z tym. – Kiwnęła w moją stronę. – Czy chcesz mi wmówić, że to jest dla takich jak my normalne?
Jacob znów potrzebował chwili, żeby zapanować nad drżeniem mięśni i się nie przemienić. Zapragnęłam do niego podejść, ale kiedy tylko o tym pomyślałam, Edward chwycił mnie za ramię, stanowczo mnie przed tym powstrzymując.
– Ustalmy sobie jedną rzecz, kochanieńka – rzucił w końcu Jake. – Powtarzam ci raz jeszcze, że ona nie jest rzeczą – podkreślił raz jeszcze i byłam mu za to wdzięczna, chociaż naprawdę nie rozumiałam po co była ta „kochanieńka”.
W oczach dziewczyny pojawiła się konsternacja, a potem ze zrezygnowaniem opuściła głowę. Cokolwiek uświadomiła sobie wcześniej, teraz musiała swoją teorię potwierdzić i to odkrycie wcale jej się nie spodobało.
– A niech to szlag – zaklęła i dodała jeszcze kilka innych przekleństw, które zdecydowanie nie nadawały się do przytoczenia. – Wpojony w wampirzy pomiot! – jęknęła, wyglądając jakby zaraz miała dostać szału.
– Mówiłem ci, żebyś przestała… – zaczął, ale musiał dojść do wniosku, że to bez sensu, bo westchnął zrezygnowany i odpuścił. – Cholera, o co ci znowu chodzi? – zapytał, bo ich rozmowa prowadziła donikąd.
Nieznajoma była skryta i ironiczna, Jacob z kolei cały aż rwał się do walki – to nie było najlepsze połączenie i aż prosiło się o nieszczęśliwe zakończenie całej sprawy. Pośpiesznie wyrwałam się tacie i bez względu na to, co sądził podeszła do Jacoba, ujmując jego dłoń. Przyciągnął mnie do siebie, momentalnie się uspokajając.
– Mam na imię Elizabeth – oznajmiła bez ostrzeżenia dziewczyna, całkiem nas zaskakując. Coś w jej tonie się zmieniło  – stał się bardziej rozsądny – chociaż kiedy zerknęła na nasze splecione dłonie, domyśliłam się, że musi ją to sporo kosztować. – Wydaje mi się, że będziemy mieli całkiem sporo rzeczy do ustalenia – stwierdziła, tym razem zwracając się nie tylko do Jacoba, ale i wszystkich obecnych. Chyba z premedytacją ignorowała spoglądania w moją stronę, całkowicie ignorując moją obecność.
– Jak najbardziej – wtrącił się do tej pory milczący Carlisle, podchodząc trochę bliżej. W słowach dziewczyny musiał dostrzec szansę na to, żeby wybrnąć z sytuacji pokojowo, tak jak to się udało w przypadku watahy z La Push. – Bello, zabierz Nessie do domu. Powinna odpocząć – wyjaśnił, wykręcając się tym, że chodzi mu wyłącznie o moje zdrowie, ale ja doskonale wiedziałam, że raczej niepokoi go, że wręcz wyrywałam się do sprzeczki z Elizabeth.
Mama jedynie skinęła głową i zaraz znalazła się za mną. Kiedy poczułam na ramieniu ciężar jej dłoni, spojrzałam na dziadka z niejaką urazą, ale on akurat nie patrzył w moją stronę, dlatego chcąc nie chcąc puściłam dłoń Jacoba i wraz z mamą puściłam się biegiem przez las. Poruszałyśmy się wampirzym tempem, nie rozmawiając i jedynie czasami wymieniając krótkie, znaczące spojrzenia. Dziwiło mnie i trochę denerwowało, że w oczach Belli czaił się niepokój za każdym razem, kiedy patrzyła w moją stronę, ale postanowiłam tego nie komentować i o nic nie pytać. Nie miałam najmniejszej ochoty na jakiekolwiek rozmowy, zła na to, że wykluczyli mnie ze sprawy i zmartwiona, że Jacob musiał zostać z tą dziewczyną. Nie podobało mi się to, jak cały czas się w niego wpatrywała. Jej wzrok był dziwny i miałam złe przeczucia.
W zaledwie dziesięć minut dotarłyśmy do domu. Ledwo tylko znalazłyśmy się w holu, Bella zatrzymała się i spojrzała na mnie zdecydowanym wzrokiem.
– Zostań tutaj, Nessie. Ja tam wracam – oznajmiła i nie czekając, aż zacznę protestować, ucałowała mnie w czoło i zniknęła na podwórku.
Zaklęłam pod nosem i wpatrywałam się w miejsce, w którym zniknęła. Z rezygnacją zamknęłam drzwi i chcąc nie chcąc powlekłam się na górę. Byłam sama i to mi ciążyło, tym bardziej, że cała moja rodzina i Jacob byli na terenie obcych zmiennokształtnych, których intencji żadne z nas nie mogło być pewne. Co prawda z jedną Elizabeth chyba nawet Emmett miał sobie dać radę w pojedynkę, ale skąd mieliśmy pewność, że pomiędzy drzewami nie obserwowało nas więcej ukrytych, gotowych do ataku zmiennokształtnych? Wilki były stworzone do zabijania wampirów i zaczęłam się martwić, czy Cullenowie oby na pewno są bezpieczni.
Skierowałam kroki do łazienki, bo chociaż przed wyjściem brałam prysznic, potrzebowałam czegoś, co pomoże mi się rozluźnić. Gorąca kąpiel wydawała się być wręcz do tego stworzona, dlatego starannie zamknęłam drzwi, włożyłam korek do odpływu wanny i odkręciłam gorącą wodę. Obserwując, jak zbiornik powoli się napełnia, przysiadła na jego krawędzi i po prostu obserwowałam płynący strumień; szum przelewanej wody miał sobie coś kojącego, podobnie jak ciepło pary, która buchnęła mi w twarz.
Starałam się odrzucić od siebie przykre myśli, związane z Elizabeth, strachem o bliskich oraz ogólnym roztrzęsieniem po dopiero co przebytej przemianie. Zanurzyłam palce w wodzie i zaraz je zabrałam, z nadmierną dokładnością skupiając się na odmierzeniu odpowiedniej ilości zimnej wody, która miała nieco zneutralizować temperaturę tej, która już znajdowała się w wannie. Dopiero kiedy uznałam, że kąpiel już jest gotowa, metodycznie i w skupieniu zajęłam się ściąganiem z siebie nieco brudnych po upadku na ziemię ubrań.
Kiedy wślizgnęłam się do wody, aż jęknęłam z ulgi. Ciepło kojąco wpływało na moje do tej pory napięte i obolałe mięśnie, pozwalając im się w końcu rozluźnić. Zamknęłam oczy, poddając się senności i ogólnemu upojeniu, które zawdzięczałam duchocie w łazience. Mama nigdy nie lubiła, kiedy sobie na coś takiego pozwalałam, przesadnio panikując, że mogę zasnąć i się utopić, ale teraz jej nie było, dlatego nie zamierzałam się tym przejmować. Czułam się znakomicie, poza tym  była to dla mnie forma delikatnej zemsty za to, że kazali mi wracać do domu.
Udało mi się całkowicie odpłynąć i może faktycznie na moment przysnęłam, chociaż jakoś nie zarejestrowałam tego momentu. Kiedy otrząsnęłam się z letargu, woda w wannie była już niemal całkiem zimna. Pośpiesznie z niej wyszłam, ciasno owijając się ręcznikiem, żeby się ogrzać. Wycierając się energicznie i jednocześnie szukając czystych ubrań (za sprawą Alice i Rosalie w naszym domu można było znaleźć je dosłownie wszędzie – podobnie zresztą jak pieniądze, chociaż tych drugich akurat nie chowaliśmy w łazience), uświadomiłam sobie w końcu, dlaczego tak nagle się ocknęłam: z dołu doszło mnie poruszenie, co jasno świadczyło o tym, że Jacob i pozostali w końcu wrócili do domu.
Niemal biegiem doprowadziłam się do porządku i już miałam wybiec na korytarz, kiedy coś przykuło moją uwagę. Zatrzymałam się wpół kroku i aż sapnęłam wstrząśnięta tym, co zobaczyłam w wiszącym na ścianie lustrze. Teraz w końcu zrozumiałam spojrzenia rzucane mi przez mamę. Patrząc na swoje odbicie, miałam wrażenie, że moją szyję okala coś na kształt prześwitującej apaszki o wyjątkowo ohydnym, czerwonawym odcieniu. Z niedowierzaniem odgarnęłam włosy, uważnie przyglądając się śladom, które zostawiła mi Elizabeth i które do rana pewnie miały zamienić się w siniaki.
– Nessie?! – usłyszałam z dołu wołanie taty i aż wzdrygnęłam się, wyrwana z zamyślenia. Raz jeszcze potarłam ślady.
– Już idę! – odkrzyknęłam nieco drżącym głosem i w końcu wyszłam z łazienki, żeby dołączyć do pozostałych.
Poraziła mnie atmosfera w salonie – zaskakująco lekka, jakby nic się nie stało. Uniosłam pytająco brwi, po czym podeszłam wprost do siedzącego wygodnie w najdalej oddalonym od pozostałych fotelu i bez pytania usiadłam mu na kolana. Zauważyłam wymowne spojrzenie taty, ale zignorowałam go i pozwoliłam, żeby Jake otoczył mnie ramionami, zamykając w silnym i znajomym uścisku.
Wtuliłam się w jego tors, zamykając oczy i wdychając korzenno-leśny zapach zmiennokształtnego.
– No dobrze, to teraz mi wszystko opowiedz – poprosiłam nieco sennie. Uniosłam głowę, żeby spojrzeniem dać mu do zrozumienia, że nie zamierzam odpuścić albo dać się zbyć błahymi wyjaśnieniami.
– Co tutaj wyjaśniać? – zapytał, wzruszając ramionami. – Zawarliśmy pakt i tyle.
Westchnęłam rozdrażniona, bo przecież zdawałam sobie sprawę z tego, że dziadek będzie właśnie do takiego rozwiązania dążył. Interesowało mnie raczej to, jak przebiegło spotkanie i czy powinnam się dalej intencji Elizabeth obawiać.
– Może ja ci powiem, bo Jacob był zbytnio zajęty klęciem jak szewc i wymyślaniem wyzwisk – odezwał się tata, rzucając zmiennokształtnemu krótkie spojrzenie. – A przynajmniej póki nie zaczął się z dziewczyną dogadywać… Tak czy inaczej, zasady są takie same, jak wtedy, kiedy mieszkaliśmy w Forks. Jutro pokażę ci granicę – obiecał mi, ale ja nie słuchałam, zbytnio skupiona na innym fragmencie jego wypowiedzi.
– Jak to: zaczęliście się dogadywać? – zapytałam natychmiast Jacoba, prostując się w jego ramionach i odwracając się, żeby móc na niego spojrzeć.
Spojrzał na mnie, chyba nie do końca rozumiejąc o co mi w tym momencie chodzi. Nie zamierzałam mu tego wyjaśniać, coraz bardziej niecierpliwie wpatrując się w niego i oczekując odpowiedzi.
– Po prostu kiedy nie próbuje cię zabić, potrafi być całkiem w porządku – odparł lakonicznie i spojrzał na mnie podejrzliwie. – Hej, czy ty w tym momencie jesteś o mnie zazdrosna? – zapytał, a na jego ustach pojawił się pobłażliwy uśmiech.
Emmett wydał z siebie jakiś pomruk i zaraz się roześmiał. Zacisnęłam dłonie w pięści, żałując trochę, że nie mam pod ręką jakiejś poduszki albo czegokolwiek innego, czym mogłabym w wampira rzucić.
– Przestań pleść bzdury. Niby o kogo mam być zazdrosna? – zapytałam gniewnie, chociaż miałam pojęcie, że takim tonem jedynie dodatkowo się pogrążam. – Jacob, przestań tak na mnie patrzeć! Jeśli dalej zamierzasz mi wmawiać takie rzeczy, najlepiej od razu sobie stąd pójdź – zasugerowałam mu i założywszy ramiona na piersi, spróbowałam wyswobodzić się z jego objęć i usiąść do niego plecami.
Bez ostrzeżenia zsunął mnie ze swoich kolan, sprawiając, że wylądowałam w fotelu. Spojrzałam na niego z niedowierzaniem, kiedy wstał i ruszył w stronę drzwi.
– Jak sobie życzysz – rzucił na odchodne, wyraźnie dobrze się moim kosztem bawiąc. Wiedziałam, że chce mnie zdenerwować, a jednak to nagłe odrzucenie mnie zabolało.
– I bardzo dobrze – mruknęłam, mając nadzieję, że był w stanie to usłyszeć. – Bardzo, bardzo dobrze… – powtórzyłam z goryczą, opierając głowę o zagłówek i beznamiętnym wzrokiem wpatrując się w sufit.
Wszyscy przez kilka chwil mi się przyglądali, chyba nie do końca wiedząc jak zareagować na naszą „kłótnie” – byłam wdzięczna, że przynajmniej powstrzymywali się od śmiechu – ostatecznie zaś pogrążyli się w cichej rozmowie na temat tutejszej watahy. Przysłuchując się ich wymianie zdań, dowiedziałam się, że wataha jest dość liczna – na tę chwilę dziesięć osób – i że to Elizabeth jest alfą, co było rzekomo ciekawym ewenementem. Później Emmett zadał dość trafne pytanie o to, skąd wzięli się zmiennokształtni w Seattle i wraz z tatą i Carlisle’em zaczęli rozważać teorię ewentualnego pokrewieństwa watahy z Quileutami.
Wstałam, nie mogąc już dłużej tego słuchać. Nikt chyba nawet nie zauważył, że ruszyłam się z miejsca – nikt prócz mamy, która znacząco kiwnęła głową w stronę drzwi. Podziękowałam jej bezgłośnie i po chwili zastanowienia wyszłam przed dom, wprost na zalany ostatnimi promieniami słońca ganek – zmierzchało.
Jacob stał plecami do mnie, oparty o barierkę i wpatrzony w ścianę lasu. Nawet się nie poruszył, kiedy wyszłam, ale wiedziałam, że mnie usłyszał. Zażenowana i skruszona podeszłam bliżej, po czym oparłam się o barierkę tuż obok niego. Trwaliśmy w milczeniu, aż w końcu nie mogłam już tego znieść i przeniosłam wzrok na jego twarz.
– Przepraszam – wyrzuciłam z westchnieniem. – Nie powinnam była, ale… No dobrze, masz mnie. Jestem zazdrosna – przyznałam z jękiem.
Spodziewałam się, że zacznie się śmiać albo świętować zwycięstwo, ale Jake jedynie spojrzał na mnie z delikatnym uśmiechem i bez słowa przyciągnął mnie do siebie. Wtuliłam się w jego rozgrzany tors, pozwalając żeby mnie przytulał i delikatnymi, miarowymi ruchami przeczesywał palcami moje włosy.
– Dlaczego? Przecież wiesz, że nie musisz się niczego obawiać – przypomniał mi, stanowczo unosząc mój podbródek i patrząc mi w oczy.
– Wiem – zgodziłam się. – Ale ona… No cóż, ona mimo wszystko jest ładna i jest taka jak ty, i tak sobie pomyślałam…
Zamknął mi usta pocałunkiem. Aż jęknęłam, zaskoczona tym, jak mnie całował – namiętnie, z uczuciem i w taki sposób, że kiedy w końcu oderwaliśmy się od siebie, dyszałam ciężko, a policzki miałam zarumienione. Miałam nadzieję, że nikt nas nie obserwował i że mama założyła na nas tarczę; w innym wypadku pewnie już dawno pojawiłby się rozeźlony, gotów do przypomnienia Jacobowi wieku swojej małej córeczki Edward.
– Nigdy nie bądź zazdrosna – wyszeptał Jacob, znów przygarniając mnie do siebie.
Uwierzyłam mu.